Kto panu to tak spartolił, czyli polskie światłowody od kuchni
Telepolis.pl
Publicystyka 11:33

Kto panu to tak spartolił, czyli polskie światłowody od kuchni

Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co dzieje się na trasie między twoim komputerem czy telefonem, a docelowym serwerem. Sam już nie wiem, czy to światłowodowa patologia, czy koloryt lokalny. Potrzebujesz szybszego Internetu — ryczą reklamy Wszystko cacy, najlepsze usługi, my jesteśmy najszybsi, potrzebujesz 10 Gb/s — to masz… Takie hasła słyszą klienci, którzy nakręceni przychodzą do punktów obsługi, nie zdając sobie sprawy, że nigdy tego nie wykorzystają — poza oczywiście profesjonalistami. Problem staje się bardziej skomplikowany, gdy gumką myszką wymażemy z tego marketing i inne hasła bez pokrycia. Obserwując doniesienia serwisów, operatorów, reklamy i inne, można by rzec, że postęp idzie do przodu. Oczywiście idzie, ale nie w samych superlatywach Powinien przenieść się na niezwykłą jakość — taką, że zaczynamy merdać ogonkiem. I rzeczywiście — ktokolwiek korzystał z jakiegoś światełka (np. symetrycznego) przyzna, że jest to naprawdę świetne łącze. Ponad 20 lat temu sieci były konstruowane tak, by zapewnić, jak największą prędkość w pobieraniu danych (download), a na przesyłanie do sieci (upload) prawie nikt nie zwracał uwagi. Nie mówiąc o ofertach zawierających tzw. CIR, czyli gwarantowaną prędkość np. 2/2 Mb/s, które były zaporowo drogie. Z czasem sytuacja się zmieniła i symetryczna prędkość jest dzisiaj marzeniem wszystkich tych, którzy nie tylko odbierają, ale przede wszystkim wysyłają ogromne ilości danych. Powszechnie występuje zjawisko tzw. wzajemnego nakręcania. Znajomy ma łącze 1 Gb/s czy większe to ja też muszę mieć. I nie jest tu istotne czy faktycznie je wykorzysta. Bo prawda jest taka, że posiadając łącze symetryczne 1 Gb/s i mając kilkadziesiąt różnych urządzeń w sieci, trudno jest je wysycić. Gdyby to zmierzyć na przestrzeni miesiąca średnie całkowite obciążenie wyniosłoby może kilka, kilkanaście procent. Oczywiście wliczając w to przesyłanie dużych plików na różnych urządzeniach czy strumieniowanie wideo w 4k.  Jeżeli ktoś musi przesyłać duże ilości danych i zależy mu na czasie to szybkie łącze jest w pełni uzasadnione. Jednak jeśli szybkość nie wchodzi w rachubę to łącze o przepustowości 100 Mb/s jest w zupełności wystarczające. Tym bardziej że strumienie np. takiego Netflixa w jakości 4K zużywają w skrajnych przypadkach do 12-15 Mb/s.  To jest podejście od strony klienta. A jak to wygląda od strony sieci? Miedziane opowieści W teorii jest wyśmienicie. Wszyscy operatorzy chwalą się, jakich to oni nie mają sieci. Swego czasu japońska firma NTT DoCoMo wśród usług, które będą potrzebowały ogromnych przepustowości, wymieniała: teleportację (choć nie jest ona możliwa), zdalne operacje i wiele innych. To prawda, że sieć optyczna jest bardzo szybka — między innymi dlatego Starlink wykorzystuje bezpośrednią komunikację laserową pomiędzy swoimi satelitami. Cały ruch pomiędzy krajami i kontynentami, również podmorski, odbywa się właśnie z wykorzystaniem kabli światłowodowych. Nie ma usług, które by z nich nie korzystały. Warto jednak spojrzeć od zaplecza na to, co się dzieje w sieciach światłowodowych, zwłaszcza w połączeniach tzw. ostatniej mili. Dlaczego? Bo wtedy ostygnie pierwsze hurra.  Pamiętamy fotografie przedstawiające instalacje różnego typu w Azji? Jeśli nie, to wystarczy wspomnieć o tym, że są to instalacje napowietrzne — niezależnie od tego, czy elektryczne, czy telekomunikacyjne. W praktyce oznacza to kłębowiska wszelkiego rodzaju przewodów i szafek wysoko na słupach. Zabezpiecza się w ten sposób choćby przed trzęsieniami ziemi. W krajach europejskich jest inaczej. Kable przeciągane są najczęściej w ziemi pomiędzy studzienkami. W blokach czy kamienicach ukryte są też w piwnicach i tzw. pionach, w których prowadzi się przewody na piętra. Jest tam też miejsce, by zainstalować szafki z urządzeniami (wzmacniacze sygnału, rozgałęźniki/odgałęźniki, konwertery, przełącznice, w których rozszyte są włókna). Teoria brzmi świetnie, praktyka też, bo klient końcowy nie widzi instalacji poza tą, którą ma w mieszkaniu.  Czy sieć powinna być solidnie wykonana? Dobrze zrealizowana instalacja techniczna zawsze procentuje w przyszłości. Do tego jej szczegółowa dokumentacja ułatwi pracę przyszłym instalatorom czy konserwatorom. A jeśli tak nie jest?  Sieci oparte są o kable miedziane telefoniczne lub koncentryczne mają swoje poważne wady. Potrafią korodować od środka, gdy dostanie się wilgoć przez choćby drobną nieszczelność. Do tego dochodzą skończone możliwości przesyłania danych, tłumienie i zakłócenia oraz czynniki zewnętrzne takie, jak uszkodzenie kabla przez szczury lub inną koparkę. Czasami zdarza się, że pracownicy firmy budowlanej czy remontowej przecinają lub wręcz wycinają instalację. Inni potrafią zerwać połączenie układając przyłącze elektryczne do budynku, czy wbijając słup uliczny w ciąg kabli koncentrycznych biegnących pomiędzy studzienkami. To nie do końca światłowód Powszechnie stosowaną praktyką jest realizowanie „ostatniej mili” nie w standardzie FTTH (Fiber To The Home), a po skrętce (Ethernet) lub kablu koncentrycznym (DOCSIS). Z tej ostatniej korzystają najczęściej tzw. kablówki, bo dysponują już wcześniej wykonaną instalacją miedzianą. Dostarczają sygnał optyczny do budynku lub węzła, a ten jest dalej przesyłany w przewodach koncentrycznych. Nazywa się to HFC (Hybrid Fibre-Coaxial). DOCSIS (Data Over Cable Service Interface Specification) ma jednak kilka wad — przynajmniej w starszych wersjach (poniżej 4.0). Pierwszą jest znaczny spadek przesyłania danych do sieci w stosunku do ich odbierania. Różnica w wersji DOCSIS 3.0/3.1 może być nawet 20-krotna (np. 1 Gb/s / 50 Mb/s). Żeby sobie to wyobrazić — dane są pobierane na np. 30 kanałach telewizyjnych, a wysyłane na 6. Połączenie to jest też mniej stabilne niż światłowód i bardziej podatne na obciążenie przez innych klientów. A przy dużych obciążeniach — gdy po południu lub wieczorem ruch w sieci się zwiększy — prędkość może znacznie spadać. Po nieco drugiej stronie jest obecnie Netia, która w wybranych lokalizacjach potrafi ogarnąć nawet FTTR, czyli dociągnięcie światłowodu do poszczególnych pomieszczeń w naszym domu i z każdego z nich odpalić szybkie Wi-Fi 7. (To nie jest materiał sponsorowany przez Netię, czekamy też na wypowiedzi innych operatorów). Jako pierwsi, i dotychczas jedyni, udostępniliśmy też naszym abonentom w budownictwie jednorodzinnym tzw. FTTR (Fiber To The Room), który zapewnia bardzo dobry zasięg Wi-Fi w każdym pomieszczeniu nawet dużego domu. - przekazał redakcji Karol Wieczorek, rzecznik prasowy Netii Optyczne sieci pajęcze Technologia światłowodowa praktycznie może służyć przez lata, a teoretycznie jeszcze dłużej. Żeby zwiększać przepustowość, wystarczy wymienić urządzenia końcowe i można to robić w nieskończoność. Zatem same zalety? Nie do końca. Przy ich układaniu trzeba wziąć pod uwagę m.in. promień zgięcia — w końcu rdzeń jest szklany, a to oznacza, że kruchy. Dotyczy to przede wszystkim patchcordów w mieszkaniach, które są bardziej giętkie i cieńsze niż DAC (Direct Access Cable) doprowadzony do budynku. Nieświadomi tego klienci potrafią je złamać. Do tego dochodzi powszechna rywalizacja pomiędzy sieciami oraz robienie połączeń „na skróty” (byle szybko i byle działało), co powoduje, że w samych instalacjach zaczyna występować chaos. Profesjonalnie wykonane i oddane do użytku przełącznice budynkowe po roku „zarastają” dzikimi krosami (połączeniami). Otwieramy studzienkę na chodniku, a tam gołe włókna w piasku i błocie wyciągnięte z ochronnej kasetki, której już nie ma. Oczywiście włókna te jeszcze pracują — wystarczy nadepnąć lub trochę mocniej szarpnąć, by przestały. Poza tym w studzienkach czy piwnicach można spotkać szczury, a sporadycznie też pluskwy. Atrakcji jest zatem sporo. W innym miejscu z muf światłowodowych wylewa się woda, bo „fachowcy” nie uszczelnili wejść kablowych. W innym miejscu instalator przeplata kabel pomiędzy rurami od wody lub gazu i na końcu nadmiar zwinięty w kłębek pozostawia zawieszony na wysokości wzroku. Gdzieś indziej patchcordy przecinają się w wielu miejscach tworząc coś na kształt pajęczej sieci. Wtedy ktoś złośliwy może pójść do piwnicy z nożyczkami lub po prostu je połamać. Może to zrobić również jakiś lokalny imprezowicz, który taką szafkę traktuje jako podstawkę pod piwo, wysokoprocentowy trunek lub pojemnik na wypalone fajki.  Szafki z instalacjami są nagminnie otwarte i nierzadko wystają z nich jakieś przewody czy inne elementy. Pół biedy, jeśli otworzono je kluczem, gorzej jak zrobiono to na siłę śrubokrętem lub wyłamano zamek. Częstą praktyką jest również korzystanie z czyjejś infrastruktury. Przykładowo, w lokalizacji są doprowadzone światłowody trzech operatorów, natomiast do lokali dochodzą włókna tylko jednego z nich. Instalator „włamując” się do takiej szafki, korzysta (bez pozwolenia i ustaleń) z infrastruktury przy okazji dewastując po części gotową instalację innej firmy.   W niektórych miejscach układane są na własną rękę korytka pomiędzy szafkami różnych operatorów (jest to wtedy najbardziej estetyczne, choć mało legalne rozwiązanie). Zdarza się również wciąganie nowych przewodów przy pomocy starych — potocznie zwanych pilotem. Jeśli taką operację przeprowadza się na działającej sieci, to nietrudno o jej uszkodzenia. Szukając sygnału w kasetce, „fachowcy” potrafią wypiąć działające włókno i zostawić w powietrzu. Wynika to częściowo z faktu, że mają wąskie widełki czasowe i płacone od wykonanych instalacji. Przez to idą na skróty i bardzo się śpieszą. Operatorzy chętnie korzystają z usług podwykonawców, dzięki czemu znacząco obniżają koszty takich montaży — patrząc oczywiście na własne korzyści. Klienci niektórych firm nierzadko słyszą „zostawiam Panu sprzęt i za 10 minut wszystko powinno działać”. Po czym fachowiec ucieka, pędząc na kolejne zlecenie, a usługa czasami nie działa „bo coś po drodze nie zadziałało, lub nie zostało zrobione tak, jak należy”. Zapytaliśmy się kilku polskich operatorów, co robią, by usługi podwykonawców spełniały jakieś standardy przyzwoitości. Mamy już odpowiedź z Netii i dołożymy kolejne do tekstu, gdy tylko do nas dotrą. Tak, podczas instalacji i konserwacji korzystamy także z podmiotów zewnętrznych. Oczywiście wszyscy podwykonawcy mają w umowach zdefiniowane standardy pracy i wykonywania instalacji. Mamy jasno opisane, jak dane zlecenie powinno zostać zrealizowane, w jaki sposób komunikować się z Klientem, jak powinna przebiegać rozmowa (stosowne są skrypty) i jak powinna wyglądać wizyta w lokalu abonenta. Co wolno robić a czego nie oraz jakie rzeczy są bezwzględnie wymagane.Standardy są przez Netię weryfikowane w formie ankiet jakościowych z klientami oraz podczas audytów, gdzie nasz pracownik jedzie na miejsce konkretnego zlecenia i weryfikuje pracę podwykonawcy. Netia oczywiście zapewnia szkolenia z tych standardów. - przekazał redakcji Telepolis Karol Wieczorek, rzecznik Netii Izolacja i oszczędności Na te tzw. oszczędności i jakość wykonania instalacji przekłada się tworzenie bariery pomiędzy klientami a operatorem. Pierwszym problemem jest czas oczekiwania na infolinii, a gdy już uda się połączyć, słyszymy często bota. Jeśli chce się porozmawiać z konsultantem, to trzeba bota umiejętnie pominąć, ale nie wszyscy wiedzą, jak to zrobić. Wtedy może się uda porozmawiać z konsultantem, jeśli chce się nam czekać. Zdarzają się praktyki rozłożenia tych ostatnich obowiązków na pracowników działających zdalnie. Czasami o wiele łatwiej skorzystać z czatu i w ten sposób załatwić sprawę. A wprowadzenie botów sprowadza się do oszczędności — konsultantów może być mniej. No i bot stanowi dla wielu osób naturalną barierę, nie do przejścia. To znacznie wydłuża oczekiwanie i powoduje frustrację lub nawet poirytowanie klienta, skutkujące zniechęceniem. Dla operatora jest to dobre, bo przynajmniej ma spokój i nie musi interweniować, ponosząc dodatkowe koszty. Patrzy z punktu widzenia silniejszego, dyktującego warunki. Zgłoszeń jest mniej, a te, które są przekazywane do realizacji przez działy techniczne, najczęściej nic nie wnoszą, bo są przekazane przez bota, lub konsultanta, który nie ma pojęcia o tym, co zgłasza. Działa tylko i wyłącznie zgodnie z procedurą. Z kolei klient jest związany na dłużej, więc musi płacić. Ma oczywiście wybór, bo potem może skorzystać z usług innego operatora, ale często wpada z deszczu pod rynnę. I tak w kółko. A co ma zrobić klient senior? Gdy usługi przestają działać, a on korzysta z telefonu stacjonarnego, zostaje uziemiony (bo ten ostatni też pracuje przez sieć). Musi pójść do biura obsługi, w którym obsługujący go człowiek stara mu się sprzedać inne usługi, których on nie potrzebuje. Konsultanci już w pierwszych dniach pracy odbywają szkolenia z zakresu budowy sieci, zasad działania internetu światłowodowego, weryfikacji możliwości technicznych, urządzeń wykorzystywanych do świadczenia usług, możliwości wzmocnienia sygnału Wi-Fi w tym FTTR.Szkolenie obejmuje również zakres diagnostyki oraz wstępnych działań mogących doprowadzić do usunięcia niedogodności. Konsultanci są również szkoleni w zakresie rozróżniania, czy ewentualna awaria jest indywidualna, czy może być powiązana ze zdarzeniem masowym. W toku pracy konsultanci regularnie odbywają szkolenia i retreningi, w tym związane z wdrażeniami nowych urządzeń, czy usług. - staje w kontrze rzecznik Netii, zapewniając, że u nich konsultanci wiedzą, co robią i mówią Złapany w „pięknie wyglądającą pułapkę” klient nie jest tak atrakcyjny, jak nowy. Nie trzeba już nic z nim robić. Musi płacić, bo ma zobowiązanie i najlepiej, żeby się nie odzywał ani nic nie zgłaszał. Nie ma dla niego lepszych promocji, nie oferuje się nic w trakcie umowy, żeby go zachęcić, nie czuje się w żaden sposób dopieszczany. Lepszemu, nowemu klientowi daje się preferencyjne oferty, oczywiście do momentu, kiedy zostanie złapany. Potem już tylko podwyżki zawarte w umowie (np. co roku 10 zł więcej) lub takie tłumaczone inflacją. A co jeśli klient nie ma wyboru i jest skazany na jednego operatora? Nic, płaci i płacze. Z drugiej strony sam też jest często „winny” takiej sytuacji, bo niedoinformowany bierze wszystkie usługi, jak leci, a potem z większości z nich nie korzysta. A handlowcy często stosują przekaz „musi Pan wziąć wszystko, bo to jest jeden pakiet”, albo — „inaczej się nie da”. Dzięki temu operator oszczędza na: infolinii, firmach zewnętrznych, spychologii, czy niewielkich przedziałach czasowych, w których instalator lub usuwający uszkodzenie musi się zmieścić. A to przekłada się też potem na utrzymanie odpowiedniej jakości sieci — nie tylko urządzeń, ale też usług. I w końcowej fazie na niezadowoleniu klienta, który i tak musi płacić. A fachowcy, którzy mają zapewnić jakość i odpowiednio wysoki standard nie mają na to czasu, albo mają go tylko na grubsze sprawy, takie jak uszkodzenia występujące na całych obszarach. Szukając dalszych oszczędności można też wydzielić sieć szkieletową i sprzedać firmie zewnętrznej np. z innego miasta.  Łza w oku W latach 90. światłowód był czymś nieosiągalnym w domu. W Polsce dopiero układano pierwsze połączenia i pętle pomiędzy większymi miastami. W okolicach 1995 roku za spawanie jednego włókna (w przypadku uszkodzenia takiego kabla) płacono około 5 tys. złotych, a same spawarki kosztowały kilkaset tysięcy, co sprawiało, że w Polsce było ich niewiele. Po tych 30-tu latach, spaw kosztuje nic i jest elementem montażu, robionym przy okazji - lub w trakcie budowy sieci. Spawarki można kupić za kilka tys. zł, światłowody są często wielokrotnie tańsze od przewodów miedzianych, a praca z nimi związana, coraz mniej przypomina solidnie wykonaną i przejrzystą robotę.  Mamy nowocześniejsze łącza, większe przepustowości, zaawansowane usługi, ale wszystko to zostało osiągnięte kosztem jakości i klienta. W latach 90. ten ostatni był kimś, kogo darzono szacunkiem. Teraz jest zaszufladkowanym produktem, z którego trzeba wycisnąć jak najwięcej. A reklamy krzyczą - “gdy będziesz szybszy, będziesz szczęśliwszy”.

4
REDAKCJA TELEPOLIS
1.

Wybrane dla Ciebie

Najnowsze

Najnowsze

Wiertarko-wkrętarka Bosch z dwoma akumulatorami za jedyne 489 zł
Sprzęt 12:22

Wiertarko-wkrętarka Bosch z dwoma akumulatorami za jedyne 489 zł

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Polacy wypłacają gotówkę. Mają dość cyfrowej namiastki
Płatności bezgotówkowe 10:41

Polacy wypłacają gotówkę. Mają dość cyfrowej namiastki

0
PATRYCJA KORBA
1.
Google jak w ruskim cyrku. Wpadka z nową aplikacją
Aplikacje 09:52

Google jak w ruskim cyrku. Wpadka z nową aplikacją

1
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Android Auto 16.8 odmienia auto nie do poznania
Oprogramowanie 08:09

Android Auto 16.8 odmienia auto nie do poznania

0
DOMINIK KRAWCZYK
1.
W Action za 64,95 zł. Taki Polaroid przynajmniej 350 zł
Telepolis.pl
Tech 07:19

W Action za 64,95 zł. Taki Polaroid przynajmniej 350 zł

5
PATRYCJA KORBA
1.
Co to, UFO? Nie, to nowy głośnik Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi
Sprzęt 01 MAJ 2026

Co to, UFO? Nie, to nowy głośnik Harman Kardon Aura Studio 5 Wi-Fi

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Meta nagrywała sytuacje intymne. Wpadła, więc zwolniła 1108 osób
Bezpieczeństwo 01 MAJ 2026

Meta nagrywała sytuacje intymne. Wpadła, więc zwolniła 1108 osób

0
PATRYCJA KORBA
1.
Tajwańska wyspa pozbawiona internetu. To nie Chiny, to wrak
Wiadomości 01 MAJ 2026

Tajwańska wyspa pozbawiona internetu. To nie Chiny, to wrak

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Action rozbija bank. 38,95 zł za hit wakacji
Telepolis.pl
Sprzęt 01 MAJ 2026

Action rozbija bank. 38,95 zł za hit wakacji

1
PAWEł MARETYCZ
1.
Możemy przestać bać się o pracę. Nvidia przyznaje, że AI jest droższe, niż ludzie
Aplikacje 01 MAJ 2026

Możemy przestać bać się o pracę. Nvidia przyznaje, że AI jest droższe, niż ludzie

5
PAWEł MARETYCZ
1.
Xiaomi odświeży ulubiony sprzęt Polaków. Premiera w maju
Sprzęt 01 MAJ 2026

Xiaomi odświeży ulubiony sprzęt Polaków. Premiera w maju

0
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Jedno z ostatnich przemówień Tima Cooka nie spodoba się fanom Apple. Będzie drożej
Sprzęt 01 MAJ 2026

Jedno z ostatnich przemówień Tima Cooka nie spodoba się fanom Apple. Będzie drożej

0
PAWEł MARETYCZ
1.
169 zł i masz projektor z szybką dostawą z polskiego sklepu
Telepolis.pl
Sprzęt 01 MAJ 2026

169 zł i masz projektor z szybką dostawą z polskiego sklepu

0
PAWEł MARETYCZ
1.
Action z gadżetem dla każdego Polaka. 38,49 zł, a przyda się do zimy
Telepolis.pl
Sprzęt 01 MAJ 2026

Action z gadżetem dla każdego Polaka. 38,49 zł, a przyda się do zimy

0
DOMINIK KRAWCZYK
1.
Nowa aktualizacja, nowe problemy. Microsoft zepsuł kopie zapasowe
Oprogramowanie 01 MAJ 2026

Nowa aktualizacja, nowe problemy. Microsoft zepsuł kopie zapasowe

2
PAWEł MARETYCZ
1.
Orange daje GB na majówkę. Masz czas tylko do 3 maja
Wiadomości 01 MAJ 2026

Orange daje GB na majówkę. Masz czas tylko do 3 maja

14
MIESZKO ZAGAńCZYK
1.
Średniak, który drenuje portfele. Test Samsung Galaxy A57
Telepolis.pl
Testy sprzętu 01 MAJ 2026

Średniak, który drenuje portfele. Test Samsung Galaxy A57

8
ARKADIUSZ BAłA
1.
Jaki komputer do gier i pracy? Polecane zestawy na maj 2026
Telepolis.pl
Poradniki 01 MAJ 2026

Jaki komputer do gier i pracy? Polecane zestawy na maj 2026

2
PRZEMYSłAW BANASIAK
1.
Więcej nowości
Samsung z genialną nowością. Nikt nie czekał, miliony skorzystają
Aplikacje 30 KWI 2026

Samsung z genialną nowością. Nikt nie czekał, miliony skorzystają

Choroba lokomocyjna dotyka prawie jedną trzecią mieszkańców Europy. Samsung przygotował rozwiązanie, które ma poprawić komfort osób źle znoszących jazdę samochodem lub pociągiem czy lot samolotem. Specjalny sygnał dźwiękowy uspokoi błędnik Nowa metoda opiera się na wynikach badań naukowych przeprowadzonych na Nagoya University w Japonii. Eksperci ustalili, że odpowiednia stymulacja układu równowagi może zredukować nieprzyjemne objawy. Rozwiązanie Samsunga wykorzystuje czysty sygnał sinusoidalny o częstotliwości 100 Hz. Dźwięk ten oddziałuje na ucho wewnętrzne i pomaga organizmowi lepiej przetwarzać ruch. Choroba lokomocyjna powstaje w wyniku konfliktu zmysłów. Narząd równowagi czuje, że ciało się porusza, ale oczy patrzą na nieruchomy punkt, na przykład ekran telefonu. Powoduje to stres organizmu, który objawia się nudnościami, zawrotami głowy i potami. Emisja niskiego tonu przez 60 sekund ma zniwelować te dolegliwości. Darmowa aplikacja przygotuje pasażera do drogi Do skorzystania z tej metody potrzebna jest bezpłatna aplikacja Hearapy oraz słuchawki Galaxy Buds4 Pro. Oprogramowanie generuje precyzyjny ton basowy o głośności 85 dB. Jest to poziom hałasu porównywalny do pracy kosiarki do trawy. Aplikacja ma wbudowany timer, który odlicza wymagany czas jednej minuty. Aby rozwiązanie było skuteczne, należy spełnić kilka warunków. Użytkownik musi poddać się działaniu dźwięku przez co najmniej 60 sekund jeszcze przed rozpoczęciem podróży. W tym czasie żadna muzyka ani inne odgłosy nie mogą zakłócać sygnału. Dzięki temu układ równowagi zostaje odpowiednio przygotowany na nadchodzące przeciążenia. Technologia wewnątrz słuchawek Galaxy Buds4 Pro Słuchawki Galaxy Buds4 Pro zostały zaprojektowane tak, aby precyzyjnie odtwarzać niskie częstotliwości. Producent zwiększył powierzchnię drgań przetwornika średnio-basowego o prawie 20% względem poprzedniego modelu. Zastosowano również dwudrożny głośnik oraz autorski kodek Samsung Seamless Codec Ultra High Quality. Pozwala to na obsługę 24-bitowego dźwięku, co jest niezbędne do wygenerowania czystej fali 100 Hz. Ważnym elementem systemu jest aktywna redukcja szumów (ANC). Słuchawki posiadają sześć mikrofonów, które monitorują hałas otoczenia. Inteligentne algorytmy analizują sposób noszenia urządzenia i kształt ucha użytkownika. Dzięki temu sygnał sinusoidalny dociera do kanału słuchowego bez zakłóceń, zachowując stałą głośność i parametry wymagane przez naukowców. To nie jest metoda lecznicza! Samsung zaznacza, że proponowane rozwiązanie nie jest produktem medycznym. Aplikacja Hearapy i słuchawki mają za zadanie zwiększyć komfort podróży, ale nie zastępują porady lekarskiej ani leków na chorobę lokomocyjną. Osoby z silnymi dolegliwościami powinny skonsultować się ze specjalistą. System jest wynikiem współpracy technologicznej z agencją Leo Germany i stanowi przykład wykorzystania nowoczesnego audio w codziennym życiu.

0
MARIAN SZUTIAK
1.

Więcej nowości

YouTube usuwa kanał znanego, polskiego patostreamera
Telewizja i VoD 30 KWI 2026

YouTube usuwa kanał znanego, polskiego patostreamera

Po weryfikacji treści YouTube podjął decyzję o usunięciu całego kanału znanego polskiego patostreamera. Wykryto liczne naruszenia. Patostreaming w ostatnich latach stał się niepokojącym zjawiskiem. Rząd szykuje zmiany, które mają ten proceder ograniczyć. Tymczasem YouTube zdecydował się na usunięcie całego kanału jednego z polskich twórców. Mowa o Robercie Pasucie, który przez lata znany był z projektu Abstrahuje. Usunięty kanał Roberta Pasuta YouTube postanowił przeprowadzić weryfikację kanału po reportażu Moniki Gawrońskiej z cyklu "Polsat News Ujawnia". Platforma uznała, że narusza on wytyczne społeczności między innymi pod kątem nagości i treści seksualnych. W wyniku weryfikacji usunęliśmy ten kanał za naruszenie naszych wytycznych dla społeczności. przekazał Deniz Rymkiewicz z Biura Prasowego Google Polska. YouTube podjął też działania wobec trzech innych kanałów, za pomocą których patostreamer miał omijać warunki korzystania z platformy. Sam twórca twierdzi, że nie jest żadną patologią i pracuje na siebie oraz swoją rodzinę. Utrzymuje też, że swoje treści kieruje do osób dorosłych i są one wyraźnie oznaczone. Warto dodać, że za Robertem Pasutem wydano list gończy. Mężczyzna poszukiwany jest za podżeganie do pobicia, za co grozi mu do dwóch lat pozbawienia wolności. Aktualnie przebywa w Azji. Jak sam twierdzi, nie unika odpowiedzialności karnej, bo nie ma żadnych wyroków i nie jest skazany.

1
DAMIAN JAROSZEWSKI
1.

Więcej nowości

Zegarek na komunię? Tak, ale w nowoczesnym wydaniu
Sponsorowane 30 KWI 2026

Zegarek na komunię? Tak, ale w nowoczesnym wydaniu

Jak wybrać idealny prezent na pierwszą komunię? Wybieramy najlepsze smartfony i zegarki na upominek dla dziecka. Nadchodzi maj, a to oznacza, że już niedługo kolejne pokolenie dzieci przystąpi do pierwszej komunii. Choć jest to wydarzenie przede wszystkim o charakterze religijnym i duchowym, to nie ma co owijać w bawełnę – wielu z nas komunia kojarzy się głównie z prezentami. No i jest w tym jakaś głębsza logika, bo trafiony upominek może się okazać cenną pamiątką rozpoczęcia przez młodego człowieka nowego etapu życia. Ilu z nas pamięta swój pierwszy komputer, który kupili za pieniądze z komunii? A może w Waszym przypadku był to rower lub zegarek? Zmierzam do tego, że najlepszymi prezentami na komunię są często te najbardziej praktyczne. Do tej kategorii zaliczają się także smartfony, tablety i smartwatche.  Idąc za tym tokiem myślenia, postanowiliśmy przygotować listę kilku sprawdzonych sprzętów z oferty Plusa, które powinny idealnie sprawdzić się w roli komunijnego upominku. Powinny doskonale sprawdzić się w roli inspiracji. Huawei Watch Fit 4 Zegarek na komunię to klasyka. Ba, wręcz swego rodzaju symbol. Jeśli chcielibyście wręczyć komuś taki upominek, ale w nieco bardziej nowoczesnym wydaniu, smartwatch może się okazać niegłupim pomysłem. Jeśli natomiast miałbym zaproponować konkretny model, to padłoby na Huawei Watch Fit 4. To typowy zegarek do noszenia na co dzień. Jego sportowy fason powinien podpasować młodszym użytkownikom, podobnie jak duży wyświetlacz o przekątnej 1,82” oraz akumulator, który potrafi wytrzymać nawet 10 dni na jednym ładowaniu. Najważniejsze jest jednak to, że nie mówimy tu o sprzęcie przekombinowanym. To nie jest „smartfon na nadgarstku”, przyciągający uwagę milionem funkcji. Zamiast tego Huawei Watch Fit 4 skupia się na oferowaniu najbardziej praktycznych funkcjonalności, takich jak monitorowanie aktywności, dostęp do kalendarza czy powiadomień z telefonu. To urządzenie funkcjonalne, ale bez popadania w przesadę – podobnie zresztą jak inne zegarki z oferty producenta. Dodatkowym atutem tego typu smartwatcha może być to, że doskonale motywuje do aktywności. Nawet coś tak banalnego jak wbudowany krokomierz może się okazać świetnym sposobem, by nakłonić dziecko do wyjścia na dwór zamiast spędzania całego dnia na kanapie lub przed komputerem. Realme C75 Pomysł kupowania dzieciom smartfonów potrafi wzbudzać sporo kontrowersji i trudno się temu dziwić. Wiele zależy tu nie tylko od samego urządzenia, ale też od podejścia rodziców i opiekunów, którzy powinni wyznaczać jasne zasady korzystania z telefonu. My natomiast możemy doradzić, jaki model najlepiej sprawdzi się w rękach młodszych użytkowników — a jednym z ciekawszych wyborów wydaje się Realme C75. Powodów jest co najmniej kilka, ale gdyby streścić to w jednym słowie, byłoby nim „niezawodność”. Urządzenie posiada wbudowany akumulator o pojemności aż 5828 mAh, więc nie ma ryzyka, że telefon niespodziewanie rozładuje się podczas zajęć albo zabawy. Istotna jest także wzmocniona konstrukcja, wyróżniająca się m.in. wodoodpornością na poziomie IP69. Realme C75 to taki telefon, w którym wydajność schodzi na nieco inny plan – to sprzęt, w którym najważniejsze jest pozostawanie w kontakcie z bliskimi. Nie jest też szczególnie drogi, dzięki czemu jest praktycznie idealnym kandydatem do roli pierwszego telefonu dla dziecka. [SALE-4931] Motorola Moto G77 Motorola Moto G77 idzie natomiast w nieco inną stronę. To model, który mimo niewygórowanej ceny potrafi wyglądać efektownie i prestiżowo, dając niemalże namiastkę korzystania z prawdziwego flagowca. To model, który stoi w dużej mierze designem. Smukła sylwetka i kilka kolorów z palety Pantone do wyboru potrafią zrobić doskonałe wrażenie. Kiedy włączymy tutejszy wysokiej klasy wyświetlacz AMOLED i zobaczymy Androida 16 z wyjątkowo dopracowanym interfejsem, robi się tylko lepiej. To jednak nie oznacza, że Motorola Moto G77 nie może się pochwalić świetną funkcjonalnością czy parametrami. Dość powiedzieć, że mamy tu chociażby duży akumulator 5200 mAh, aparat 108 Mpix czy głośniki stereo z obsługą Dolby Atmos. Po prostu cyferki nie są tutaj główną atrakcją. Zamiast tego chodzi raczej o to, żeby użytkownik mógł się poczuć wyjątkowo – no a o to chyba chodzi w tego typu prezentach, prawda? [SALE-4929] Samsung Galaxy A37 Samsung Galaxy A37 to model nieco droższy od pozostałych propozycji. Płacimy tu jednak nie tylko za prestiżową markę. Przede wszystkim dostajemy bezpieczeństwo, dopracowanie i poziom wsparcia, który przez lata był dla innych producentów niedoścignionym wzorem. I myślę, że zwłaszcza to ostatnie sprawia, że Samsung Galaxy A37 jest tak dobrym kandydatem na komunijny prezent. To jeden z niewielu modeli z tego segmentu, który może się pochwalić obietnicą aż sześciu dużych aktualizacji systemu operacyjnego oraz sześciu lat aktualizacji bezpieczeństwa. Co to oznacza? Ano tyle, że mówimy tu o telefonie naprawdę na lata. Przy odrobinie szczęścia tegoroczny prezent komunijny będzie mógł posłużyć dziecku aż do bierzmowania i to bez większych kompromisów.  A zalet jest tutaj dużo więcej, bo oprócz tego na pokładzie czeka dobry aparat 50 Mpix, wysokiej klasy wyświetlacz AMOLED czy wodoodporna obudowa klasy IP68. Nie jest to może flagowiec, ale zdecydowanie niczego mu nie brakuje. [SALE-4932] Huawei MatePad 11.5 2025 PaperMatte Ale można też pójść w nieco innym kierunku i jako prezent kupić tablet – ot, choćby taki jak Huawei MatePad 11.5 2025 PaperMatte. Pod wieloma względami to chyba nawet lepszy wybór od telefonu. Tablet to nie tylko zabawka – to doskonałe narzędzie, które może pomóc dziecku stawiać pierwsze kroki w cyfrowym świecie, a także rozwijać swoje pasje i zainteresowania. Tutaj Huawei MatePad 11.5 wypada wyjątkowo dobrze m.in. za sprawą dołączonego rysika Huawei M-Pencil. W połączeniu z aplikacją GoPaint daje on niemal nieograniczone możliwości każdemu, kto wykazuje choćby odrobinę zapędów artystycznych – niezależnie od tego, na jakim poziomie aktualnie się znajduje. Drugim powodem, dla którego ten konkretny model stanowi idealny wybór dla dziecka, jest wyświetlacz. Tutejsza matowa powłoka nie męczy wzroku, nie zbiera odcisków palców ani nie sprawia problemów w jasnym słońcu – a przynajmniej nie tak, jak ma to miejsce w przypadku błyszczących ekranów. To oczywiście nie oznacza, że należy przy nim spędzać po 12 godzin dziennie, ale jeśli szukacie sprzętu, który nie będzie niepotrzebnie narażał oczu Waszych pociech, to Huawei MatePad 11.5 2025 w wersji PaperMatte jest bardzo dobrym tropem. [SALE-4933] Elektronika na komunię? To nie musi być zły pomysł! Jeśli chcecie sprawić dziecku niezapomniany prezent na komunię, nowy zegarek, tablet albo smartfon mogą się okazać doskonałym pomysłem. Taki gadżet może pomóc mu stawiać pierwsze kroki w cyfrowym świecie, choć oczywiście warto pamiętać, że nakłada też sporo odpowiedzialności na dorosłych. W końcu to ich rolą jest zadbać o to, by ten kontakt był bezpieczny i przerodził się w coś wartościowego. A co do samych urządzeń, to myślę, że każda z naszych propozycji sprawdzi się w tej roli doskonale. Oczywiście nic nie stoi na przeszkodzie, by wykorzystać je wyłącznie jako inspirację i sięgnąć po coś kompletnie innego. W takiej sytuacji najlepiej samemu sprawdzić pełną ofertę Plusa, która czeka na Was w linku poniżej. W ten sposób przy zakupie urządzenia zyskacie dodatkowo możliwość rozbicia ceny na wygodne raty oraz dobrania od razu abonamentu głosowego (np. oferty L z nielimitowanym Internetem i rozmowami za 60 zł/mies. po rabatach). [SALE-4927] Uzupełnieniem oferty są usługi, które realnie wspierają bezpieczeństwo dziecka na co dzień. Stop Hejt pomaga reagować na hejt i niebezpieczne treści w internecie, a Gdzie Jest Bliski daje rodzicom możliwość sprawdzenia, gdzie znajduje się dziecko – dla większego spokoju i poczucia kontroli. [SALE-4928]   Artykuł sponsorowany na zlecenie operatora sieci Plus

4
ARKADIUSZ BAłA
1.

Popularne porównania