To urządzenie rozwiąże problem zdrowotny, którego nie mieli nasi dziadkowie

Mówi się, że kiedyś było mniej chorób. Pod wieloma względami to zwykłe brednie: to, że ludzie nie byli diagnozowani, nie znaczy, że byli zdrowi. Jest jednak pewna kwestia, która faktycznie nie doskwierała naszym dziadom: mikroplastik.

Paweł Maretycz (Maniiiek)
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
To urządzenie rozwiąże problem zdrowotny, którego nie mieli nasi dziadkowie

Plastikowe opakowania i syntetyczne tkaniny były istną rewolucją: lekkie, tanie w produkcji i łatwe w czyszczeniu. Z czasem jednak zauważono, że generuje on olbrzymie hałdy śmieci, z którymi niewiele dało się zrobić. Nie z powodu braku możliwości recyklingu, a z powodu wysokich kosztów i problemów logistycznych. Plastik to tylko ogólne określenie na wiele typów tworzyw sztucznych, których nie powinno się mieszać podczas ich przetwarzania.

Dalsza część tekstu pod wideo

Detektor mikroplastiku, czyli zmory naszych czasów

Z czasem okazało się jednak, że sterty śmieci to nasz najmniejszy problem. Większym jest ten, którego nie widać gołym okiem, ponieważ — o ironio — jest zbyt mały. Mowa tu o mikroplasitku, czyli miniaturowych cząsteczkach tworzyw sztucznych. A ten jest już dosłownie wszędzie: w ziemi, wodzie, w powietrzu. A nawet w naszym jedzeniu, w krwi, a nawet w naszych mózgach. 

Naukowcy nie są do końca zgodni, jeśli chodzi o wpływ mikroplastiku na nasze organizmy. Co bardziej optymistyczni zakładają, że ten jest głównie naturalny. Są jednak badania, które wskazują na to, że wywołuje on stany zapalne w naszych ciałach i upośledza funkcjonowanie niektórych układów. 

Problemem jest jednak to, że obecnie badanie stężenia mikroplastiku w organizmie, które jest przecież niezbędne do ustalenia skutków, które ten powoduje, jest bardzo drogi i inwazyjne. Na szczęście rozwiązanie tego problemu może przyjść prosto z estońskich uczelni, a dokładniej z uniwersytetu w Tartu.

Uczeni z tej uczelni o wielowiekowej tradycji opracowali SWAN, czyli prototyp detektora mikroplastiku, który ma być w stanie  wykrywać mikroplastik przez skórę. Jak to działa? Podobnie jak pomiary natlenienia krwi w zegarkach sportowych: otóż diody emitują światło o określonej długości fali, a następnie detektor spektrograficzny je odbiera i analizuje w poszukiwaniu wzorców optycznych typowych dla tworzyw sztucznych.

Rozwiązanie tanie, proste i... problematyczne

Mamy więc urządzenie bardzo proste, jeśli chodzi o obsługę. Jeszcze lepiej wypada tu kwestia ceny. Otóż koszt produkcji prototypu wynosił około 90 Euro. Jego głównymi elementami są mikrokontroler ESP32-WROOM-32E, miniaturowy spektrometr AS7265X, oraz trzy diody świecące. I to właśnie tu jest problem, ponieważ w ich skład wchodzą także diody UV. Jak wyjaśnił szef projektu Kevin Post:

Urządzenie wykorzystuje spektrum różnych długości fal, w tym części widma UV. Chcieliśmy sprawdzić, jak bardzo każda z tych długości fal przyczynia się do dokładności pomiaru. Chociaż w naszych eksperymentach stosowaliśmy niskie natężenie promieniowania UV, powszechnie wiadomo, że nadmierna ekspozycja na promieniowanie UV o wysokiej intensywności może prowadzić do negatywnych skutków zdrowotnych. Zgodnie ze standardową praktyką w rozwoju urządzeń noszonych, najpierw zapewniamy bezpieczeństwo, przeprowadzając kontrolowane testy na fantomach – materiałach imitujących właściwości optyczne ludzkiej tkanki.

Pamiętajmy przy tym, że wcale nie musi to oznaczać, iż samo urządzenie jest ślepą uliczką. W końcu solaria dostarczają znacznie więcej promieniowania UV niż urządzenie wielkości zegarka. Dodatkowo pomiary mikroplastiku to nie jest coś, co będziemy robić bez przerwy. Będzie to sprzęt medyczny, a nie kolejna funkcja do zegarka sportowego. Głównym problemem jest jednak to, że fakt ten znacznie spowalnia prace nad urządzeniem.