Polski mistrz olimpijski popłynął. Jego gadżet okazał się wydmuszką

Jednym z polskich bohaterów narodowych stał się Kacper Tomasiak. Młody skoczek został, dość sensacyjnie, wicemistrzem olimpijskim. Natychmiast rozgorzała dyskusja o przyszłości "rodowego srebra". Jeśli wyjdzie ona poza ramy sportowe, warto pamiętać o intrygującej przygodzie innego czempiona.

Maciej Sikorski
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Polski mistrz olimpijski popłynął. Jego gadżet okazał się wydmuszką

Kacper Tomasiak na stałe zapisał się w historii polskiego sportu, szerzej także tego olimpijskiego. Zwrócił na siebie uwagę milionów osób i natychmiast wywołał pytania w stylu: co dalej? Pojawiają się prognozy, ale i oczekiwania, co zazwyczaj nie sprzyja sportowcom. Dlatego damy spokój nastolatkowi, który szturmem wziął skocznię w Predazzo, jednocześnie życząc mu dalszych sukcesów.

Dalsza część tekstu pod wideo

Tym razem skupimy się na innym olimpijczyku. I pomyśle, który do dzisiaj może wzbudzać uśmiech.  

Co po karierze sportowej? Możliwości jest całkiem sporo

Polscy mistrzowie olimpijscy po zakończeniu kariery obierają przeróżne ścieżki. Jedni zostają w sporcie i np. pracują w związkach, drudzy próbują sił w polityce, bywa i tak, że są im stawiane zarzuty. Niektórzy szukają sobie miejsca w biznesie. Przykładem z tej ostatniej półki jest Mateusz Kusznierewicz, który spróbował swoich sil w branżach szkoleniowej czy turystycznej. Jednak jednym z najciekawszych, a może najdziwniejszych projektów kojarzonych z legendarnym żeglarzem, jest Zoom.me.

Mateusz Kusznierewicz w świecie elektroniki 

Jesień 2014 roku przyniosła nam ciekawą premierę na rynku elektroniki użytkowej. I to ciekawą z kilku powodów. W projekt zaangażowane były rodzime firmy, wokół wydarzenia narobiono sporego szumu, jego twarzą stał się jeden z najbardziej rozpoznawalnych sportowców. A finalnie okazało się, że to spory… kapiszon. Nie uprzedzajmy jednak faktów.

Zoom.me przedstawiano jako urządzenie do dzielenia się z rodziną zdjęciami. Te ostatnie miały być prezentowane na 7-calowym wyświetlaczu, komunikację miał zapewnić moduł Wi-Fi lub 3G, a zasilanie bateria i przewód, pełniący jednocześnie funkcję stabilizującą. Do tego aplikacja na wiodące platformy mobilne (to był czas, gdy apkę przygotowywano nie tylko dla iOS i Androida, ale też Windows Phone), służąca do przesyłania zdjęć z telefonu na urządzenie. Całość dostępna za kilkaset złotych. Ewentualnie za kilka złotych, ale w pakiecie z abonamentem. 

Polski mistrz olimpijski popłynął. Jego gadżet okazał się wydmuszką

Ktoś zapyta: czy to opis cyfrowej ramki na zdjęcia? Odpowiem: tak. Ale też nie, bo twórcy próbowali uciec od porównań tego typu. W ich narracji to miało być coś więcej niż prosty gadżet z Chin, który można było bez problemu kupić w tamtym czasie. Do tego dorabiano filozofię. I odwoływano się do patriotyzmu gospodarczego. Bo o to w pomysł zaangażowała się polska firma Goclever (kilka lat później przestanie istnieć), ale też twórcy kostki Dice+, o której zrobiło się głośno w 2012 roku. Do współpracy włączył się T-Mobile, a twarzą szarży został wspomniany już Mateusz Kusznierewicz.

Zoom.me, czyli polski wkład w innowacje

Tak, dobrze widzicie (niektórzy pewnie to pamiętają): ta dość mocna ekipa próbowała sprzedać cyfrową ramkę na zdjęcia. Zarówno przez operatora, jak i w sklepach z elektroniką. Pod koniec 2014 roku. A do tego przekonując, że to coś nowego i potrzebnego. Bo dziadkowie będą mogli oglądać w domu zdjęcia wnuków. Ba, pojawiały się doniesienia, że wspomniany team wydał na ten pomysł kilka milionów zł. Albo i dolarów…

Mogą się oczywiście pojawić głosy w stylu: "nie potrzebujemy tylko komputerów kwantowych, dobra ramka na zdjęcia też się przyda". Pełna zgoda. Problem polegał na tym, że temu projektowi dorobiono legendę na miarę tworzenia Apple w garażu w Dolinie Krzemowej. Gdyby zespół bez towarzystwa wuwuzeli wyszedł i powiedział: "Hej, mamy taką ramkę. Robicie zdjęcie smartfonem, wysyłacie je apką bezpośrednio na urządzenie, które stoi w salonie bliskich. To działa automatycznie, babcia czy dziadek nie muszą być programistami". Pewnie nie byłoby głośnego jęku zawodu.

Polski mistrz olimpijski popłynął. Jego gadżet okazał się wydmuszką

Niestety, w tym przypadku ktoś odgrzewał stary pomysł, mocno pompował balon z napisem "oczekiwania", przekonywał, że to rewolucja i spodziewał się ochów i achów. Złośliwi stwierdzą: może dlatego Goclever upadł, kostka Dice+ przepadła, a Mateusz Kusznierewicz nie próbował podbić rynku cyfrową książką kucharską, elektronicznym magnesem na lodówkę albo innowacyjnym kalendarzem naściennym... 

Ramka Kusznierewicza przepadła. Wspomnienie pozostało

Jak to cudo się sprzedawało? Nie mam pojęcia. Ostatni raz słyszałem o nim właśnie jesienią 2014 roku. Na tej podstawie mogę przyjąć, że hitem się nie stało. Nie w naszej rzeczywistości. O dziwo jednak spółka stojąca za tym projektem wciąż działa. Co więcej – aktywna jest też strona promująca gadżet. Zaraz może się okazać, że tylko w moim domu nie ma ramki Kusznierewicza. Przepraszam: Zoom.me

Inicjatywa złotego medalisty z Atlanty nie skłoniła innych polskich mistrzów do podążania podobną ścieżką. Przynajmniej nie odbyło się to na masową skalę i bardzo medialnie. Może wszystko przed nami? Na razie pozostaje trzymać kciuki za ekipę walczącą o dobre wyniki we Włoszech.