Kto panu to tak spartolił, czyli polskie światłowody od kuchni
Nawet nie zdajesz sobie sprawy, co dzieje się na trasie między twoim komputerem czy telefonem, a docelowym serwerem. Sam już nie wiem, czy to światłowodowa patologia, czy koloryt lokalny.
Potrzebujesz szybszego Internetu — ryczą reklamy
Wszystko cacy, najlepsze usługi, my jesteśmy najszybsi, potrzebujesz 10 Gb/s — to masz… Takie hasła słyszą klienci, którzy nakręceni przychodzą do punktów obsługi, nie zdając sobie sprawy, że nigdy tego nie wykorzystają — poza oczywiście profesjonalistami. Problem staje się bardziej skomplikowany, gdy gumką myszką wymażemy z tego marketing i inne hasła bez pokrycia.
Obserwując doniesienia serwisów, operatorów, reklamy i inne, można by rzec, że postęp idzie do przodu. Oczywiście idzie, ale nie w samych superlatywach Powinien przenieść się na niezwykłą jakość — taką, że zaczynamy merdać ogonkiem. I rzeczywiście — ktokolwiek korzystał z jakiegoś światełka (np. symetrycznego) przyzna, że jest to naprawdę świetne łącze. Ponad 20 lat temu sieci były konstruowane tak, by zapewnić, jak największą prędkość w pobieraniu danych (download), a na przesyłanie do sieci (upload) prawie nikt nie zwracał uwagi. Nie mówiąc o ofertach zawierających tzw. CIR, czyli gwarantowaną prędkość np. 2/2 Mb/s, które były zaporowo drogie. Z czasem sytuacja się zmieniła i symetryczna prędkość jest dzisiaj marzeniem wszystkich tych, którzy nie tylko odbierają, ale przede wszystkim wysyłają ogromne ilości danych.
Powszechnie występuje zjawisko tzw. wzajemnego nakręcania. Znajomy ma łącze 1 Gb/s czy większe to ja też muszę mieć. I nie jest tu istotne czy faktycznie je wykorzysta. Bo prawda jest taka, że posiadając łącze symetryczne 1 Gb/s i mając kilkadziesiąt różnych urządzeń w sieci, trudno jest je wysycić. Gdyby to zmierzyć na przestrzeni miesiąca średnie całkowite obciążenie wyniosłoby może kilka, kilkanaście procent. Oczywiście wliczając w to przesyłanie dużych plików na różnych urządzeniach czy strumieniowanie wideo w 4k.
Jeżeli ktoś musi przesyłać duże ilości danych i zależy mu na czasie to szybkie łącze jest w pełni uzasadnione. Jednak jeśli szybkość nie wchodzi w rachubę to łącze o przepustowości 100 Mb/s jest w zupełności wystarczające. Tym bardziej że strumienie np. takiego Netflixa w jakości 4K zużywają w skrajnych przypadkach do 12-15 Mb/s.
To jest podejście od strony klienta. A jak to wygląda od strony sieci?
Miedziane opowieści
W teorii jest wyśmienicie. Wszyscy operatorzy chwalą się, jakich to oni nie mają sieci. Swego czasu japońska firma NTT DoCoMo wśród usług, które będą potrzebowały ogromnych przepustowości, wymieniała: teleportację (choć nie jest ona możliwa), zdalne operacje i wiele innych. To prawda, że sieć optyczna jest bardzo szybka — między innymi dlatego Starlink wykorzystuje bezpośrednią komunikację laserową pomiędzy swoimi satelitami. Cały ruch pomiędzy krajami i kontynentami, również podmorski, odbywa się właśnie z wykorzystaniem kabli światłowodowych. Nie ma usług, które by z nich nie korzystały. Warto jednak spojrzeć od zaplecza na to, co się dzieje w sieciach światłowodowych, zwłaszcza w połączeniach tzw. ostatniej mili. Dlaczego? Bo wtedy ostygnie pierwsze hurra.
Pamiętamy fotografie przedstawiające instalacje różnego typu w Azji? Jeśli nie, to wystarczy wspomnieć o tym, że są to instalacje napowietrzne — niezależnie od tego, czy elektryczne, czy telekomunikacyjne. W praktyce oznacza to kłębowiska wszelkiego rodzaju przewodów i szafek wysoko na słupach. Zabezpiecza się w ten sposób choćby przed trzęsieniami ziemi.
W krajach europejskich jest inaczej. Kable przeciągane są najczęściej w ziemi pomiędzy studzienkami. W blokach czy kamienicach ukryte są też w piwnicach i tzw. pionach, w których prowadzi się przewody na piętra. Jest tam też miejsce, by zainstalować szafki z urządzeniami (wzmacniacze sygnału, rozgałęźniki/odgałęźniki, konwertery, przełącznice, w których rozszyte są włókna). Teoria brzmi świetnie, praktyka też, bo klient końcowy nie widzi instalacji poza tą, którą ma w mieszkaniu.
Czy sieć powinna być solidnie wykonana? Dobrze zrealizowana instalacja techniczna zawsze procentuje w przyszłości. Do tego jej szczegółowa dokumentacja ułatwi pracę przyszłym instalatorom czy konserwatorom. A jeśli tak nie jest?
Sieci oparte są o kable miedziane telefoniczne lub koncentryczne mają swoje poważne wady. Potrafią korodować od środka, gdy dostanie się wilgoć przez choćby drobną nieszczelność. Do tego dochodzą skończone możliwości przesyłania danych, tłumienie i zakłócenia oraz czynniki zewnętrzne takie, jak uszkodzenie kabla przez szczury lub inną koparkę. Czasami zdarza się, że pracownicy firmy budowlanej czy remontowej przecinają lub wręcz wycinają instalację. Inni potrafią zerwać połączenie układając przyłącze elektryczne do budynku, czy wbijając słup uliczny w ciąg kabli koncentrycznych biegnących pomiędzy studzienkami.
To nie do końca światłowód
Powszechnie stosowaną praktyką jest realizowanie „ostatniej mili” nie w standardzie FTTH (Fiber To The Home), a po skrętce (Ethernet) lub kablu koncentrycznym (DOCSIS). Z tej ostatniej korzystają najczęściej tzw. kablówki, bo dysponują już wcześniej wykonaną instalacją miedzianą. Dostarczają sygnał optyczny do budynku lub węzła, a ten jest dalej przesyłany w przewodach koncentrycznych. Nazywa się to HFC (Hybrid Fibre-Coaxial).
DOCSIS (Data Over Cable Service Interface Specification) ma jednak kilka wad — przynajmniej w starszych wersjach (poniżej 4.0). Pierwszą jest znaczny spadek przesyłania danych do sieci w stosunku do ich odbierania. Różnica w wersji DOCSIS 3.0/3.1 może być nawet 20-krotna (np. 1 Gb/s / 50 Mb/s). Żeby sobie to wyobrazić — dane są pobierane na np. 30 kanałach telewizyjnych, a wysyłane na 6. Połączenie to jest też mniej stabilne niż światłowód i bardziej podatne na obciążenie przez innych klientów. A przy dużych obciążeniach — gdy po południu lub wieczorem ruch w sieci się zwiększy — prędkość może znacznie spadać.
Po nieco drugiej stronie jest obecnie Netia, która w wybranych lokalizacjach potrafi ogarnąć nawet FTTR, czyli dociągnięcie światłowodu do poszczególnych pomieszczeń w naszym domu i z każdego z nich odpalić szybkie Wi-Fi 7. (To nie jest materiał sponsorowany przez Netię, czekamy też na wypowiedzi innych operatorów).
Jako pierwsi, i dotychczas jedyni, udostępniliśmy też naszym abonentom w budownictwie jednorodzinnym tzw. FTTR (Fiber To The Room), który zapewnia bardzo dobry zasięg Wi-Fi w każdym pomieszczeniu nawet dużego domu.
Optyczne sieci pajęcze
Technologia światłowodowa praktycznie może służyć przez lata, a teoretycznie jeszcze dłużej. Żeby zwiększać przepustowość, wystarczy wymienić urządzenia końcowe i można to robić w nieskończoność. Zatem same zalety? Nie do końca. Przy ich układaniu trzeba wziąć pod uwagę m.in. promień zgięcia — w końcu rdzeń jest szklany, a to oznacza, że kruchy. Dotyczy to przede wszystkim patchcordów w mieszkaniach, które są bardziej giętkie i cieńsze niż DAC (Direct Access Cable) doprowadzony do budynku. Nieświadomi tego klienci potrafią je złamać.
Do tego dochodzi powszechna rywalizacja pomiędzy sieciami oraz robienie połączeń „na skróty” (byle szybko i byle działało), co powoduje, że w samych instalacjach zaczyna występować chaos. Profesjonalnie wykonane i oddane do użytku przełącznice budynkowe po roku „zarastają” dzikimi krosami (połączeniami). Otwieramy studzienkę na chodniku, a tam gołe włókna w piasku i błocie wyciągnięte z ochronnej kasetki, której już nie ma.
Oczywiście włókna te jeszcze pracują — wystarczy nadepnąć lub trochę mocniej szarpnąć, by przestały. Poza tym w studzienkach czy piwnicach można spotkać szczury, a sporadycznie też pluskwy. Atrakcji jest zatem sporo. W innym miejscu z muf światłowodowych wylewa się woda, bo „fachowcy” nie uszczelnili wejść kablowych.
W innym miejscu instalator przeplata kabel pomiędzy rurami od wody lub gazu i na końcu nadmiar zwinięty w kłębek pozostawia zawieszony na wysokości wzroku. Gdzieś indziej patchcordy przecinają się w wielu miejscach tworząc coś na kształt pajęczej sieci. Wtedy ktoś złośliwy może pójść do piwnicy z nożyczkami lub po prostu je połamać. Może to zrobić również jakiś lokalny imprezowicz, który taką szafkę traktuje jako podstawkę pod piwo, wysokoprocentowy trunek lub pojemnik na wypalone fajki.
Szafki z instalacjami są nagminnie otwarte i nierzadko wystają z nich jakieś przewody czy inne elementy. Pół biedy, jeśli otworzono je kluczem, gorzej jak zrobiono to na siłę śrubokrętem lub wyłamano zamek. Częstą praktyką jest również korzystanie z czyjejś infrastruktury. Przykładowo, w lokalizacji są doprowadzone światłowody trzech operatorów, natomiast do lokali dochodzą włókna tylko jednego z nich. Instalator „włamując” się do takiej szafki, korzysta (bez pozwolenia i ustaleń) z infrastruktury przy okazji dewastując po części gotową instalację innej firmy.
W niektórych miejscach układane są na własną rękę korytka pomiędzy szafkami różnych operatorów (jest to wtedy najbardziej estetyczne, choć mało legalne rozwiązanie). Zdarza się również wciąganie nowych przewodów przy pomocy starych — potocznie zwanych pilotem. Jeśli taką operację przeprowadza się na działającej sieci, to nietrudno o jej uszkodzenia.
Szukając sygnału w kasetce, „fachowcy” potrafią wypiąć działające włókno i zostawić w powietrzu. Wynika to częściowo z faktu, że mają wąskie widełki czasowe i płacone od wykonanych instalacji. Przez to idą na skróty i bardzo się śpieszą.
Operatorzy chętnie korzystają z usług podwykonawców, dzięki czemu znacząco obniżają koszty takich montaży — patrząc oczywiście na własne korzyści. Klienci niektórych firm nierzadko słyszą „zostawiam Panu sprzęt i za 10 minut wszystko powinno działać”. Po czym fachowiec ucieka, pędząc na kolejne zlecenie, a usługa czasami nie działa „bo coś po drodze nie zadziałało, lub nie zostało zrobione tak, jak należy”.
Zapytaliśmy się kilku polskich operatorów, co robią, by usługi podwykonawców spełniały jakieś standardy przyzwoitości. Mamy już odpowiedź z Netii i dołożymy kolejne do tekstu, gdy tylko do nas dotrą.
Tak, podczas instalacji i konserwacji korzystamy także z podmiotów zewnętrznych. Oczywiście wszyscy podwykonawcy mają w umowach zdefiniowane standardy pracy i wykonywania instalacji. Mamy jasno opisane, jak dane zlecenie powinno zostać zrealizowane, w jaki sposób komunikować się z Klientem, jak powinna przebiegać rozmowa (stosowne są skrypty) i jak powinna wyglądać wizyta w lokalu abonenta. Co wolno robić a czego nie oraz jakie rzeczy są bezwzględnie wymagane.
Standardy są przez Netię weryfikowane w formie ankiet jakościowych z klientami oraz podczas audytów, gdzie nasz pracownik jedzie na miejsce konkretnego zlecenia i weryfikuje pracę podwykonawcy. Netia oczywiście zapewnia szkolenia z tych standardów.
Izolacja i oszczędności
Na te tzw. oszczędności i jakość wykonania instalacji przekłada się tworzenie bariery pomiędzy klientami a operatorem. Pierwszym problemem jest czas oczekiwania na infolinii, a gdy już uda się połączyć, słyszymy często bota. Jeśli chce się porozmawiać z konsultantem, to trzeba bota umiejętnie pominąć, ale nie wszyscy wiedzą, jak to zrobić. Wtedy może się uda porozmawiać z konsultantem, jeśli chce się nam czekać. Zdarzają się praktyki rozłożenia tych ostatnich obowiązków na pracowników działających zdalnie. Czasami o wiele łatwiej skorzystać z czatu i w ten sposób załatwić sprawę. A wprowadzenie botów sprowadza się do oszczędności — konsultantów może być mniej. No i bot stanowi dla wielu osób naturalną barierę, nie do przejścia.
To znacznie wydłuża oczekiwanie i powoduje frustrację lub nawet poirytowanie klienta, skutkujące zniechęceniem. Dla operatora jest to dobre, bo przynajmniej ma spokój i nie musi interweniować, ponosząc dodatkowe koszty. Patrzy z punktu widzenia silniejszego, dyktującego warunki. Zgłoszeń jest mniej, a te, które są przekazywane do realizacji przez działy techniczne, najczęściej nic nie wnoszą, bo są przekazane przez bota, lub konsultanta, który nie ma pojęcia o tym, co zgłasza. Działa tylko i wyłącznie zgodnie z procedurą. Z kolei klient jest związany na dłużej, więc musi płacić. Ma oczywiście wybór, bo potem może skorzystać z usług innego operatora, ale często wpada z deszczu pod rynnę. I tak w kółko. A co ma zrobić klient senior? Gdy usługi przestają działać, a on korzysta z telefonu stacjonarnego, zostaje uziemiony (bo ten ostatni też pracuje przez sieć). Musi pójść do biura obsługi, w którym obsługujący go człowiek stara mu się sprzedać inne usługi, których on nie potrzebuje.
Konsultanci już w pierwszych dniach pracy odbywają szkolenia z zakresu budowy sieci, zasad działania internetu światłowodowego, weryfikacji możliwości technicznych, urządzeń wykorzystywanych do świadczenia usług, możliwości wzmocnienia sygnału Wi-Fi w tym FTTR.
Szkolenie obejmuje również zakres diagnostyki oraz wstępnych działań mogących doprowadzić do usunięcia niedogodności. Konsultanci są również szkoleni w zakresie rozróżniania, czy ewentualna awaria jest indywidualna, czy może być powiązana ze zdarzeniem masowym. W toku pracy konsultanci regularnie odbywają szkolenia i retreningi, w tym związane z wdrażeniami nowych urządzeń, czy usług.
Złapany w „pięknie wyglądającą pułapkę” klient nie jest tak atrakcyjny, jak nowy. Nie trzeba już nic z nim robić. Musi płacić, bo ma zobowiązanie i najlepiej, żeby się nie odzywał ani nic nie zgłaszał. Nie ma dla niego lepszych promocji, nie oferuje się nic w trakcie umowy, żeby go zachęcić, nie czuje się w żaden sposób dopieszczany. Lepszemu, nowemu klientowi daje się preferencyjne oferty, oczywiście do momentu, kiedy zostanie złapany. Potem już tylko podwyżki zawarte w umowie (np. co roku 10 zł więcej) lub takie tłumaczone inflacją. A co jeśli klient nie ma wyboru i jest skazany na jednego operatora? Nic, płaci i płacze. Z drugiej strony sam też jest często „winny” takiej sytuacji, bo niedoinformowany bierze wszystkie usługi, jak leci, a potem z większości z nich nie korzysta. A handlowcy często stosują przekaz „musi Pan wziąć wszystko, bo to jest jeden pakiet”, albo — „inaczej się nie da”.
Dzięki temu operator oszczędza na: infolinii, firmach zewnętrznych, spychologii, czy niewielkich przedziałach czasowych, w których instalator lub usuwający uszkodzenie musi się zmieścić. A to przekłada się też potem na utrzymanie odpowiedniej jakości sieci — nie tylko urządzeń, ale też usług. I w końcowej fazie na niezadowoleniu klienta, który i tak musi płacić. A fachowcy, którzy mają zapewnić jakość i odpowiednio wysoki standard nie mają na to czasu, albo mają go tylko na grubsze sprawy, takie jak uszkodzenia występujące na całych obszarach. Szukając dalszych oszczędności można też wydzielić sieć szkieletową i sprzedać firmie zewnętrznej np. z innego miasta.
Łza w oku
W latach 90. światłowód był czymś nieosiągalnym w domu. W Polsce dopiero układano pierwsze połączenia i pętle pomiędzy większymi miastami. W okolicach 1995 roku za spawanie jednego włókna (w przypadku uszkodzenia takiego kabla) płacono około 5 tys. złotych, a same spawarki kosztowały kilkaset tysięcy, co sprawiało, że w Polsce było ich niewiele.
Po tych 30-tu latach, spaw kosztuje nic i jest elementem montażu, robionym przy okazji - lub w trakcie budowy sieci. Spawarki można kupić za kilka tys. zł, światłowody są często wielokrotnie tańsze od przewodów miedzianych, a praca z nimi związana, coraz mniej przypomina solidnie wykonaną i przejrzystą robotę.
Mamy nowocześniejsze łącza, większe przepustowości, zaawansowane usługi, ale wszystko to zostało osiągnięte kosztem jakości i klienta. W latach 90. ten ostatni był kimś, kogo darzono szacunkiem. Teraz jest zaszufladkowanym produktem, z którego trzeba wycisnąć jak najwięcej. A reklamy krzyczą - “gdy będziesz szybszy, będziesz szczęśliwszy”.