Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Polscy nabywcy elektroniki od 1 stycznia 2026 roku mieli być mocniej drenowani z pieniędzy. Wszystko za sprawą zmian w opłacie reprograficznej. Okazuje się jednak, że nowelizacja przepisów może być planem na odległą przyszłość.

Maciej Sikorski
4
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Są rzeczy na niebie i ziemi, które trudno zrozumieć: brak Jerzego Dudka na mundialu w 2006 roku popularność Miśka Koterskiego, dialogi w polskich filmach, zachwyty nad obrazem "Wielki Marty". Albo obecność niektórych nazwisk na liście uczestników rodzimego Tańca z gwiazdami. Nie ma sensu tego analizować, pozostaje rozłożyć ręce i wzruszyć ramionami. Podobnie jest z abonamentem i opłatą reprograficzną.

Dalsza część tekstu pod wideo

Relikty lat 90. w Polsce XXI wieku

W gruncie rzeczy, trudno mi określić, która z tych opłat stanowi większe kuriozum. Na temat abonamentu RTV nie będę się rozpisywał, w ostatnim czasie robili to już redakcyjni Koledzy. Marian Szutiak stwierdził, że w tym przypadku "logika techniczna przegrywa z logiką fiskalną", a Damian Jaroszewski takimi słowami opisał tę daninę:

Abonament RTV to relikt przeszłości. Do polskiego prawa został wprowadzony w 1992 roku na mocy ustawy o radiofonii i telewizji. W ten sposób rząd chciał finansować media publiczne — Telewizję Polską oraz Polskie Radio. Jednak dzisiaj, w dobie smartfonów, tabletów, telewizorów Smart TV oraz serwisów streamingowych, jego zasadność budzi wątpliwości. Nic dziwnego, że od kilku lat mówi się o jego likwidacji. Niestety, nie nastąpi to w 2026 roku.

Czytając te słowa, natychmiast pomyślałem o innym kontrowersyjnym parapodatku. Mowa o opłacie reprograficznej. Jeśli ktoś o niej nie słyszał, napiszę, że chodzi o pieniądze uiszczane na rzecz podmiotów praw autorskich (a nie Skarbu Państwa – to istotne). Te środki mają rekompensować rzekome straty ponoszone z powodu kopiowania utworów na użytek prywatny. Dotyczy to np. sytuacji, gdy telewizyjna Jedynka puszcza Drużynę Pierścienia, a Wy nagrywacie to na VHS. Albo utrwalacie na kasecie Top Wszech Czasów, którego słuchacie na swoim magnetofonie w noworoczny poranek.

Jedni zapytają: co masz do Miśka Koterskiego? Drudzy mogą się domagać wyjaśnienia, czym jest VHS. Albo magnetofon. Ale znajdą się i tacy, którzy stwierdzą, że przecież nikt lub prawie nikt już nie kopiuje treści w taki sposób. I tu dochodzimy do sedna sprawy. Szeroko pojęte środowisko artystyczne od wielu lat podnosi, że opłatą reprograficzną objęte są urządzenia, które dzisiaj oglądamy głównie w muzeach techniki. Ewentualnie u dziadka na strychu lub kolegi, który przy okazji przekonuje, że kariera Szymona Wydry potoczyłaby się inaczej, gdyby wygrał Idola.

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Skoro opłata obejmuje magnetofony, faksy, magnetowidy czy czyste płyty CD, a my korzystamy z nich sporadycznie lub w ogóle, to do artystów i reprezentujących ich organizacji nie spływają pieniądze. Ta strona sporu od lat postuluje, by dostosować przepisy do czasów, w których żyjemy. A to oznacza po prostu, że daniną trzeba objąć używane obecnie urządzenia, w tym smartfony, tablety czy telewizory. Bo na inteligentny telefon ściągamy płyty Sanah, tablet wypełniony jest odcinkami Rancza, a telewizor nieustannie wyświetla podobiznę Ilony Łepkowskiej. Nie żartuję, widziałem to w wielu domach.

Abonament RTV i opłata reprograficzna bazują na przepisach z lat 90. ubiegłego stulecia i przez krytyków obie daniny są uznawane za rozwiązania anachroniczne. Kontrowersje nierzadko wzbudza też cel, na jaki mają być wydatkowane te środki. Moją uwagę najbardziej przyciąga jednak coś innego: nieporadność, z jaką rządzący próbują ogarnąć obie te kwestie. I nie dotyczy to jedynie polityków obecnej koalicji – to są skórki bananów, na których od wielu lat przewracają się kolejni ministrowie. 

W Stanach Zjednoczonych zmieniają się prezydenci, w Polsce żony Michała Wiśniewskiego, w Wielkiej Brytanii członkowie rodziny królewskiej, którzy wywołują skandale, ale pewne są dwie rzeczy: Maryla wystąpi na sylwestrze, a kwestia abonamentu i opłaty reprograficznej nie zostanie rozwiązana. Dla potwierdzenia tych słów zabiorę Was na małą wycieczkę.

Oplata reprograficzna będzie niska i zapłacą ją firmy

W ubiegłym roku sporo mówiono i pisano o nowelizacji opłaty reprograficznej. Lista objętych nią urządzeń miała być w końcu odświeżona, do głodujących artystów powinien był popłynąć szeroki strumień pieniędzy, a konsumenci mieli się pogodzić z tym, że ich portfele zostaną bardziej uszczuplone przy zakupie elektroniki. Chociaż wróć – środowiska artystyczne przekonują, że te koszty wezmą na siebie producenci i dystrybutorzy urządzeń. Prawdopodobieństwo realizacji tego scenariusza jest mniej więcej takie, jak w przypadku zwycięstwa Piotra Pręgowskiego w Eurowizji (czego mu życzę). Jednocześnie podnosi się argument, że przecież opłata nie jest wysoka – to 1-2 proc. ceny sprzedaży urządzenia czy nośnika. Klient tego nie zauważy, gdy kupuje telefon za 4 tys. zł. Albo telewizor za 12 tys. zł. Groszowe sprawy.

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Ministerstwo otwiera puszkę Pandory. Znowu

Kilka miesięcy temu mogło się wydawać, że przepisy w końcu zostaną odświeżone i od 1 stycznia 2026 roku będzie obowiązywać nowa wersja opłaty reprograficznej. W temacie nastała jednak cisza, więc odezwaliśmy się do Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego z pytaniem o ewentualne zmiany. I tu zaskoczenie (lub nie): nowe przepisy nie weszły w życie z początkiem 2026 roku. Trwają prace nad nowelizacją odpowiedniego rozporządzenia i trudno stwierdzić, kiedy się zakończą. Dzieje się tak, ponieważ sprawa wymaga uzgodnień z innymi ministerstwami. A także analizy uwag zgłoszonych przez różne grupy interesu. 

Po staremu. Można odnieść wrażenie, że prace nad nowelizacją są celem samym w sobie. Żeby pokazać zainteresowanym środowiskom, że się o nich pamięta. Ale jednocześnie działania te nie muszą się kończyć faktycznym wdrażaniem nowych przepisów. Bo to ruch, który rządzącym korzyści raczej nie przyniesie, a może rozzłościć wyborców. Wszak trudno znaleźć osoby, które zechcą płacić więcej za smartfon czy telewizor. 

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Brak, póki co, efektów nie oznacza jednak, że sprawie nie warto się przyglądać. Otóż w ramach konsultacji publicznych szereg podmiotów zgłosił swoje stanowisko w sprawie nowelizacji przepisów. Nie będę ukrywał – jest to materiał, który bawi, uczy i wzrusza. 

Zapłacą firmy? Nie, przerzucą to na klientów — to jak opłata cukrowa

Oto Izba Gospodarki Elektronicznej swój wywód zaczyna od stwierdzenia, że opłata nie spadnie na barki producentów czy dystrybutorów, jak chcą środowiska artystyczne, ale zostanie przerzucona na klientów. A w ramach przykładu przywołuje opłatę cukrową. Miały ją ponieść firmy, ale finalnie podrożały np. napoje na sklepowych półkach. Ten sam podmiot zwraca też uwagę, że artyści są już wspierani przez państwo, że organizacje zbiorowego zarządzania śpią na pieniądzach, a klienci korzystają z płatnych treści. I to oni decydują, komu chcą płacić. Jak przekonuje Izba (wszystkie poniższe cytaty pochodzą ze strony internetowej legislacja.rcl.gov.pl):

W konsekwencji proponowanych zmian wszyscy obywatele, kupując sprzęt objęty nową opłatą – w tym urządzenia niezbędne do pracy i nauki – będą pośrednio zobowiązani do finansowego wspierania artystów, również tych, których twórczość nie odpowiada ich gustom czy potrzebom. Należy też podkreślić, że opłata najmocniej dotknie osoby o najniższych dochodach, co dodatkowo pogłębi problem wykluczenia cyfrowego w Polsce.

Zdanie odosobnione? Ależ skąd! Związek Polskiego Biznesu narzeka np. na sposób, w jaki ministerstwo chce wprowadzić zmiany. Bo ma się to odbyć nie przez ustawę, ale na drodze rozporządzenia. Dlaczego tak? Cóż, ustawa zapewne byłaby zawetowana. 

Zaproponowana forma uchwalenia przepisów wyklucza jednocześnie kontrolę parlamentu nad sposobem wydatkowania kilkuset milionów złotych rocznie podbieranych od obywateli. W przyszłości każdy kolejny minister kultury i dziedzictwa narodowego mógłby arbitralnie zmieniać listę urządzeń objętych opłatą, jej wysokość oraz organizacje zarządzania prawami autorskimi, które otrzymają pochodzące z niej środki. Kwestia jest o tyle drażliwa, że finalnymi beneficjentami pokaźnych środków finansowych będą podmioty spoza sektora finansów publicznych.

Swoją opinią podzielił się też z resortem Związek Cyfrowa Polska. I jest to dłuższy wywód. W skrócie: prace nad tymi przepisami trzeba wstrzymać: 

Obecnie przyjęty kierunek grozi przekształceniem opłaty – z precyzyjnej rekompensaty za realną szkodę – w powszechną daninę nakładaną na urządzenia służące przede wszystkim do konsumpcji legalnie licencjonowanych treści, a nie do kopiowania.

Podobnie do tematu podchodzą m.in. Amerykańska Izba Handlowa w Polsce, Związek Pracodawców Technologii Cyfrowych Lewiatan czy Rzecznik Małych i Średnich Przedsiębiorców. Z treści ich stanowisk można się dowiedzieć np., że opłata może mieć wpływ na polskie firmy, że finalnie zapłaci klient, a w ogóle to wszystko jest robione na kolanie

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Dorzućmy do listy konsole i podnieśmy opłatę do 3 proc.

Oczywiście nie jest tak, że udzielają się jedynie przeciwnicy opłaty. Na liście uczestników dyskusji znaleźć można wiele podmiotów, które gorąco popierają zmiany. To organizacje reprezentujące twórców. Przekonują one, że zmiany są konieczne, a resort powinien nawet pójść krok dalej. Związek Artystów Scen Polskich ZASP – Stowarzyszenie proponuje, by wysokość opłaty wynosiła nie 1 proc., jak zaproponowano w szkicu rozporządzenia, ale 3 proc. Instytucja wyjaśnia, że "zmiana stawki na 3% zapewni w praktyce słuszną i godziwą rekompensatę na rzecz uprawnionych podmiotów".

Niektórzy sprzedawcy elektroniki podnoszą, że ich marże są bardzo niskie i sięgają właśnie kilku procent. Jeśli opłata rzeczywiście miałaby spoczywać na ich barkach, to właściwie mogą się pożegnać z zyskiem przy realizacji tego postulatu.

Podobnie do ZASP sprawę widzi ZAiKS: opłata jest zbyt niska. Ale można to naprawić, np. przez zastosowanie mechanizmu "nie mniej niż XX zł". Przedstawiciele tej instytucji proponują też poszerzenie listy. Bo zabrakło na niej m.in. konsol do gier, czytników e-booków, smartwatchy i serwerów. Bo przecież użytkownik może przechowywać pliki w chmurze. Mało? No to ZAiKS dorzuca… sprzęt używany. Argument? Tak się robi w cywilizowanej Francji. I w ten sposób można, przynajmniej częściowo, zrekompensować twórcom ich obecną niedolę.

HALO! Ktoś tu zapomniał o filmowcach!

Kiedy jedne organizacje proponują, by poszerzyć listę urządzeń i zwiększyć stawki opłaty reprograficznej, inne chcą się znaleźć na liście beneficjentów. Przykładem Koalicja Filmowa, skupiająca "organizacje reprezentujące twórców, producentów i artystów wykonawców branży audiowizualnej”. Filmowcy poinformowali resort o swoim zaskoczeniu i zaniepokojeniu faktem wykluczenia ich środowiska z "procesu inkasowania należnych opłat":

Na przedstawionej w projekcie rozporządzenia liście nośników dokonano wyraźnego wyodrębnienia udziałów należnych części „audio" i „wideo". Jednocześnie, z niezrozumiałych dla nas względów, w zakresie poboru należności projekt przewiduje udział wyłącznie organizacji reprezentujących środowiska muzyczne. W ten sposób, jako filmowcy, pozbawieni zostajemy swojego gospodarza i właściwej nam reprezentacji.

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Podobnie sprawę stawia Stowarzyszenie Filmowców Polskich:

Na wstępie podkreślamy, że najważniejszym postulatem SFP jest jednoznaczne wskazanie naszej organizacji jako jednego inkasenta w części „Wideo”. Pominięcie największej w Polsce organizacji w sektorze audiowizualnym w procesie poboru opłat oznacza w praktyce oddanie pełnej kontroli nad środkami należnymi twórcom i producentom filmowym organizacjom muzycznym – co grozi realnym spadkiem wpływów dla całego sektora filmowego i naruszeniem równowagi między branżami kultury.

Opłata bardzo ważna, ale nie zapominajmy o Jasiu Kapeli

Mamy zatem sytuację, w której artyści muszą nie tylko wywalczyć należne pieniądze, ale jeszcze przypilnować, by inni twórcy nie zgarnęli im sprzed nosa całego tortu. Filmowcy ostrzegają przed muzykami, którzy mogą się okazać zbyt zachłanni, a muzycy pewnie śledzą poczynania ludzi pióra, bo ci też mogą się okazać podejrzanie nienasyceni. Zwłaszcza, że i to środowisko nie jest jednorodne. W omawianej bazie dyskutantów znaleźć można stanowiska m.in. Unii Literackiej i Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, a do tego jeszcze np. Stowarzyszenia Tłumaczy Literatury. I Polskiej Izby Książki. W błędzie są ci, którzy myślą, że kompozytorów reprezentuje jedna organizacja. Oj nie. Skoro już przywołałem Stowarzyszenie Pisarzy Polskich, to zacytuję fragment stanowiska tej organizacji. Otóż podmiot domaga się:

zwiększenia funduszu na stypendia twórcze i takiego dysponowania nimi, by nie zdarzały się incydenty w postaci najwyższej punktacji dla projektu Jasia Kapeli, co wiele osób ze środowiska traktuje jako policzek.

Ktoś złośliwy mógłby stwierdzić, że tu nie ma co pisać do ministerstwa, sprawę najlepiej rozwiązać w oktagonie. 

Ja się pytam: gdzie jest KOPIPOL?!

Takich wojenek i podjazdów w przesłanych dokumentach jest znacznie więcej. Niektórzy uderzają pięścią w stół i pytają, dlaczego Stowarzyszenie Copyright Polska jest wręcz faworyzowane w kwestii zarządzania środkami. A jednocześnie zapomniano o Stowarzyszeniu KOPIPOL. Faktem tym oburzony jest np. Business Centre Club. Podmiot uderza w wysokie tony i pisze do resortu o sprzeczności z ideą państwa prawa.

Z kolei Związek Artystów Wykonawców STOART przekonuje, że należy go uwzględnić "w kręgu organizacji zbiorowego zarządzania wskazanymi do poboru opłaty od urządzeń i nośników z tytułu ich sprzedaży przez producentów i importerów”. Problem polega na tym, że Stowarzyszenie Artystów Wykonawców SAWP w swoim stanowisku dowodzi, iż STOART się do tych działań... nie nadaje. Śledząc to, wracam pamięcią do lat 90. ubiegłego stulecia, gdy Nagły Atak Spawacza darł koty z Liroyem. W środowisku twórców konflikt musi być, bo bez niego sztuka jest kiepska jak opłata reprograficzna od magnetowidów. Jeśli ktoś nie wierzy, niech zapyta o to Jasia Kapelę.

Przymusowa opłata od smartfonów? A niech się kłócą w nieskończoność

Konsultacje w toku...

Tak, w wielkim skrócie, przedstawiają się konsultacje w sprawie nowelizacji rozporządzenia o opłatach reprograficznych. Nie ukrywam, że ulżyło mi jako konsumentowi. Dostrzegam spore szanse na to, że i tym razem przepisy nie zostaną zmienione. Ludzie w ministerstwie mogą dojść do wniosku, że uruchomili proces, który przysporzy im siwych włosów. Bo będą się zmagać nie tylko z niezadowolonymi nabywcami sprzętu oraz np. przedstawicielami niektórych gałęzi biznesu, ale też, a może przede wszystkim, środowiskiem artystycznym, które będzie dowodzić, komu te pieniądze się należą, a kto musi się obejść smakiem.

Jakaś cześć mnie chce, by nowelizacja jednak nastąpiła – chętnie bym zobaczył tę bitkę o hajs.