Polacy będą szturmować lumpeksy. Używki znów w modzie
Boom na sztuczną inteligencję zaczyna uderzać w rynek zwykłej elektroniki. Rosnące zapotrzebowanie na pamięci dla centrów danych ogranicza dostępność podzespołów dla smartfonów i komputerów, a to oznacza jedno: za nowy sprzęt trzeba będzie zapłacić więcej.
AI zabiera pamięci producentom elektroniki
Sztuczna inteligencja pochłania ogromne ilości sprzętu potrzebnego do budowy centrów danych. Chodzi między innymi o pamięci HBM, DRAM i NAND. Producenci podzespołów coraz chętniej przeznaczają moce produkcyjne na zamówienia związane z AI, bo ten rynek jest dla nich wyjątkowo dochodowy.
Problem polega na tym, że te same komponenty trafiają później do smartfonów, laptopów i komputerów. Ograniczenie ich dostępności już przekłada się na koszty. Według danych IDC, ceny pamięci DRAM i NAND wzrosły łącznie o ponad 300% w porównaniu z ubiegłym rokiem.
Producenci mają więc coraz mniej możliwości, by utrzymać dotychczasowe ceny urządzeń. Analitycy przewidują, że do końca 2026 roku komputery osobiste mogą podrożeć średnio o 17%, a smartfony aż o 27,6%. Globalne dostawy komputerów mają przy tym spaść o 11,3%, a smartfonów o rekordowe 16,7%.
Najtańszy sprzęt może dostać najbardziej po kieszeni
Rosnące ceny podzespołów szczególnie mocno uderzają w segment budżetowy. W przypadku tanich telefonów i laptopów marże są niewielkie, więc producenci nie mają dużego pola do absorbowania dodatkowych kosztów. Część podwyżek musi więc trafić do klientów.
Według prognoz, do 2028 roku z rynku może niemal całkowicie zniknąć kategoria laptopów kosztujących mniej niż 500 dolarów (ok. 1860 zł). Podobny problem dotyczy najtańszych smartfonów. Segment urządzeń poniżej 100 dolarów (370 zł) skurczył się w pierwszej połowie 2026 roku o niemal 60%, a w kolejnych miesiącach spadki mają być jeszcze większe.
To może zmienić sposób, w jaki Polacy wybierają elektronikę. Zamiast kupować nowy telefon z podstawową specyfikacją, bardziej opłacalny może okazać się kilkuletni flagowiec. Tym bardziej, że średnia cena nowego smartfonu ma w tym roku osiągnąć rekordowe 581 dolarów (2170 zł).
Używany flagowiec zamiast nowego budżetowca
Rynek urządzeń używanych i profesjonalnie odnowionych może dzięki temu dostać drugie życie. Różnica w cenie potrafi być niewielka, a różnica w możliwościach – ogromna.
Dobrym przykładem są smartfony firm Apple i Samsung. Nowy iPhone 17e kosztuje od 2999 zł, podczas gdy odnowiony iPhone 16 Pro jest dostępny od 3177,35 zł. Jeszcze ciekawiej wygląda sytuacja w przypadku Samsunga. Galaxy S26 w podstawowej wersji kosztuje od 3799 zł, natomiast odnowionego Galaxy S25 Ultra można znaleźć już od 2919,99 zł.
Oczywiście, zakup używanego urządzenia wymaga sprawdzenia jego stanu, baterii oraz gwarancji. Profesjonalnie odnowiony sprzęt ma jednak przewagę nad przypadkowym telefonem z drugiej ręki. Urządzenia przechodzą testy techniczne i są objęte ochroną gwarancyjną.
Polacy są coraz bardziej otwarci na taki sposób kupowania. Z badania firmy Kantar, przeprowadzonego dla Recommerce wynika, że 18% Europejczyków korzysta ze smartfonu z drugiej ręki. W Polsce 44% osób deklaruje znajomość pojęcia urządzeń odnowionych, a 45% rozważa zakup takiego telefonu zamiast fabrycznie nowego.
AI może więc zrobić coś, czego producenci elektroniki raczej by sobie nie życzyli. Im droższe będą nowe smartfony i komputery, tym większą popularność mogą zdobywać starsze flagowce z drugiego obiegu. "Lumpeks" z elektroniką może przestać być miejscem szukania okazji dla wtajemniczonych, a stać się całkiem rozsądnym sposobem na zakup dobrego sprzętu.