Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Wczoraj dowiedzieliśmy się o tym, że Qualcomm stworzył tani układ dla laptopów z Windowsem, a do tego już pojawiły się pierwsze informacje o laptopie, który go dostanie, czyli o Acerze Aspire Go 15. Wygląda to tak, jakby historia zataczała koło.

Paweł Maretycz (Maniiiek)
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Informacja ta obudziła we mnie wspomnienia. I to niekoniecznie te najlepsze. Ot, przypomniały mi się czasy sprzed 16 lat, kiedy w moje ręce wpadł mój pierwszy laptop. A właściwie nie tyle laptop, ile netbook. Acer Aspire ONE D255, bo najprawdopodobniej o nim mowa, a przynajmniej specyfikacja się zgadza, był sprzętem naprawdę miernym. I to kupionym w Tesco.

Dalsza część tekstu pod wideo

Źle wspominam netbooki, bo miałem szrot, ale przecież nie ja jeden

Jednordzeniowy procesor o tragicznej mocy, 1 GB RAM, paskudny ekran o niskiej rozdzielczości, klawiatura, która ustępowała wygodą nawet klawiaturom w niektórych telefonach — i nie, nie przesadzam — oraz mały dysk. Wszystko to w połączeniu z dwoma systemami, czyli Androidem 1.6, który był naprawdę bezużyteczny na niedotykowym ekranie (i nie oszukujmy się, był bezużyteczny nawet na smartfonie) i Windows 7, który działał na tej konfiguracji gorzej, niż Vista we wspomnieniach fanów teorii, o co drugim złym systemie Microsoftu, sprawiły, że nie mieliśmy do czynienia ze sprzętem porządnym, czy nawet przyzwoitym. 

Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Tak naprawdę bardzo mocno męczyłem się z tym sprzętem przez pierwsze dwa miesiące. Potem przesiadłem się na Ubuntu 10.04, które dało mu drugie życie i już tylko się męczyłem. Chociaż wersja kultowych Heroes 3 na Linuksa była dużym wytchnieniem w tych mękach. 

To oczywiście tylko moje wspomnienia o Netbookach. Warto dodać, że miałem jednego z najtańszych i zarazem najgorszych. W końcu istniały już wtedy potężne maszyny z dwurdzeniowymi procesorami i astronomicznymi 2 GB RAM, które niektórzy szaleńcy rozbudowywali do zrywających czapki z głów 4 GB. A i mój model nie byłby aż tak tragiczny, gdyby producent postawił w nim na Windowsa XP. Mimo to opinia o nich jako o wolnych, słabych i niewygodnych była dość powszechna. I nic dziwnego, że zostały one zastąpione przez tablety. 

Koniec netbooka u mnie i na świecie

I to nawet u mnie przewinął się ten scenariusz. Mimo licznych wad mój netbook służył mi przez jakieś 3-4 lata nim wyzionął ducha. Wtedy też w poszukiwaniu laptopa, który go zastąpi — im taniej, tym lepiej — trafiłem na ogłoszenie miłego, starszego małżeństwa, które chciało sprzedać tablet Samsung Galaxy Tab 2 7.0 za 400 zł, czyli dużo poniżej jego ceny rynkowej.

Tablet był nowy, nie rozpakowany, a otrzymali go z banku, jako prezent, ale już nie pamiętam z jakiej okazji. I tak: tablet ten był o wiele szybszy i wygodniejszy od Netbooka, a jego klawiatura dotykowa nie była wcale aż tak bardzo mniej wygodna. Natomiast w duecie z klawiaturą bluetooth i dedykowaną do niej aplikacją pozwalającą pisać polskie znaki diakrytyczne miałem coś znacznie wygodniejszego, niż laptop, z którym się męczyłem przez lata. To jednak tylko dygresja na temat końca netbooków zarówno u mnie, jak i na świecie. 

Duchowi następcy netbooków

Tacy też byli. I powiedziałbym, że w to bagno również wbiegłem z rozpędu, jednak okazało się ono naprawdę sympatycznym błotkiem. A miało to miejsce w 2018 roku, kiedy zaczynałem pracę w swojej pierwszej redakcji. Dokonałem wtedy najlepszej możliwej inwestycji: kupiłem używanego Chromebooka za 199 zł + przesyłka. Zwrócił się więc w kilka dni. Ekran, chociaż nie wybitny był matowy, klawiaturę natomiast bez kozery mogę nazwać fenomenalną jak na cenę, którą zapłaciłem i niewiele odstającą od poziomu MacBooka Pro. 

Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Jednak Chrome OS miał, a w sumie nadal ma, pewien duży problem: aplikacje. Pierwsze wersje obsługiwały jedynie rozszerzenia do Chrome. Potem przyszła obsługa aplikacji z Androida, chociaż dość koślawa, bo te są tworzone pod dotykowy ekran, a nie gładzik i klawiaturę. Następnie doszły programy z Linuksa. Tyle że działały w kontenerze, co je mocno ograniczało. Plus, ja chciałem być nowoczesny, więc mój drugi Chromebook, którego kupiłem kilka lat temu, pracował pod kontrolą układu MediaTeka, co sprawiło, że mogłem liczyć tylko na aplikacje Linuksa pod ARM. Żeby było zabawniej i tu uciekłem na tablet, a dokładniej na iPada z klawiaturą.

MacBook Neo, czyli laptop, w którym niektórzy widzą netbooka

Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Teoretycznie wszystko się tu spina: słaby procesor — a tak właściwie dość mocny, ale wyjęty ze smartfonu, więc w opinii wielu osób słaby, mało RAM - 8 GB to rzeczywiście nie jest zbyt wiele, chociaż jak dowodzą testy tego laptopa, dla większości wystarczająco w przypadku MacOS i relatywnie niska cena. Relatywnie niska, jak na to, co oferuje. Nie mamy tu podłego plastiku, a metalową obudową godną klasy premium. Ekran to również nie jest podła matryca, która cokolwiek wyświetla, a jeden z najlepszych, o ile nie najlepszy panel LCD w tej półce cenowej. A i sama cena wynosząca 2999 zł lub 2499 zł na zniżce dla uczniów i studentów, nie jest typowa dla budżetowców.

To jednak pobudziło w innych producentach myśl, że nastał czas na kolejną próbę stworzenia taniego i dobrego (bo taniego) laptopa z Windowsem. A ma być nim Acer Aspire Go 15 z układem Snapdragon C na pokładzie. I tu zaczynają się schody.

Snapdragon C ma potencjał na porażkę. I to kolejną

I spokojnie: o ile moje wspomnienia z Acer Aspire One D255 były punktem zapalnym do powstania tego tekstu, to nie zacznę Wam opowiadać bzdur, że sprzęt będzie porażką, bo te 16 lat temu miałem komputer tego producenta, o podobnej nazwie i nie byłem zadowolony. Nie oszukujmy się: to byłoby naprawdę głupie. 

Zacznijmy tu od tego, że seria Snapdragon C nie do końca jest nowością. Mieliśmy już na rynku urządzenia z takimi układami. A dokładniej serią Snapdragon 7c, czyli właśnie budżetowym układem ARM dla laptopów z systemem Windows ARM. Działało to naprawdę źle, chociaż każda nowa generacja była zapowiadana jako ta, która przyniesie rewolucje, to każda była jednocześnie kolejnym rozczarowaniem.

Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

Oczywiście od tamtego czasu minęło już kilka lat. Qualcomm udowodnił nawet, że potrafi zrobić przyzwoity flagowy układ ARM do laptopów. Problem w tym, że my tu czekamy na budżetowca, a nie flagowca. Budżetowca, który ma działać z 8 GB RAM. Czy więc firma podoła w tym znacznie trudniejszym zadaniu? Zobaczymy. Celem jest jednak przerwanie pasma porażek, co nie nastraja pozytywnie.

A nawet jeśli będzie działał przyzwoicie pod systemem ARM i aplikacjami na niego, to czy podoła aplikacjom x86-64? Czyli tym, dla których ludzie decydują się na Windowsa? Mam uzasadnione obawy, że nie. 

Windows 11 ARM też idealny nie jest

Wielki powrót netbooków, tym razem na ARM i tym razem musi się udać

System ten wciąż ma liczne bolączki. Zwłaszcza jeśli chodzi o aplikacje z x86-64. Jest lepiej niż w dniu premiery, ale problemy z wydajnością, czy kompatybilnością nie zniknęły. A bądźmy szczerzy: największą i właściwie jedyną zaletą Windowsa jest bogata baza aplikacji. Aplikacji, które nie są chętnie poratowane na ARM, bo po co, skoro Windows to głównie Intel i AMD, a nie Qualcomm? 

Microsoft nie może wymusić zmiany architektury, jak zrobiło to Apple, ponieważ jest jednym z wielu producentów sprzętu na swoim systemie, a nie jedynym. A gdyby postanowił zakończyć wsparcie dla Intela i AMD, to efektem byłoby pozostanie użytkowników na starej wersji systemu, a następnie zastąpienie go jakąś dystrybucją Linuksa. Tym samym system również tu nie pomoże i nie widać szans, aby to się zmieniło. 

Chcę się mylić

Nie zrozumcie mnie źle: chciałbym tu wejść za kilka lat i pomyśleć, że spłodziłem straszne głupoty. W końcu wizja świata, w którym porządny laptop można kupić za 1500 zł i wspiera on bez problemu bogatą bazę oprogramowania, jest naprawdę piękna. Świat, w którym mniej wymagający użytkownicy nie martwią się cenami RAM, bo 8 GB jest wystarczającym pakietem, a ich pasywnie chłodzone, lekkie laptopy z Windowsem wymagają ładowarki równie często, co smartfon byłby wspaniały. Nawet jakby się przy tym okazało, że wyszedłem na frajera kupując MacBooka, bo miałbym praktycznie to samo, za to kilka razy taniej. 

Rzecz w tym, że piękne wizje taniej przyszłości dość często są rysowane przez producentów, a rzeczywistość zwykle okazuje się znacznie mniej ciekawa.