Lądowanie w Normandii. Szczęśliwy traf z pogodą zdecydował o sukcesie

Ważne momenty historyczne, takie jak kluczowe bitwy w wojnach, nie tylko zależały od heroizmu na polu walki, czy geniuszu strategów. Czasami również wielkie znaczenie odgrywał czynnik losowy, na przykład pogoda - i tak właśnie było przy Operacji Neptun i lądowaniem w Normandii. 

Jakub Krawczyński (KubaKraw)
0
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Lądowanie w Normandii. Szczęśliwy traf z pogodą zdecydował o sukcesie

Pogoda i jeden kluczowy dzień, który zmienił wszystko

Historię Operacji Neptun (będącej częścią Operacji Overlord), lądowania na Normandię (tzw. D-Day) znamy niemal z każdej strony. Ale niezbyt wiele uwagi poświęcało się jednemu kluczowemu czynnikowi, który sprawił, że operacja militarna zapoczątkowana 6 czerwca 1944 r. okazała się sukcesem. Mowa oczywiście o pogodzie i strategicznie ważnej decyzji o przeczekaniu 5 czerwca 1944 r. 150 tysięcy żołnierzy czekało od początku czerwca 1944 r. na to, by przekroczyć kanał La Manche okrętami i samolotami, ale cały plan wymagał bardzo specyficznych warunków. Po pierwsze, pełni księżyca, niskiego stanu wody (odpływu) (przy odpływie widać było np. niemieckie miny) aby łodzie mogły uniknąć przeszkód oraz ogólnie przyzwoitej pogody.

Dalsza część tekstu pod wideo

Zarówno alianci, jak i Niemcy doskonale rozumieli, jak kluczową rolę w działaniach wojennych odgrywa prognozowanie pogody. Obie strony zatrudniały meteorologów w swoich strukturach wojskowych. Ich zadaniem było przewidywanie warunków atmosferycznych dla dosłownie każdego rodzaju aktywności - od wielogodzinnych nalotów bombowych po precyzyjne prowadzenie ognia artyleryjskiego. Dane zbierano z każdego dostępnego źródła – samolotów, okrętów wojennych i statków handlowych, jednostek meteorologicznych rozmieszczonych przy frontach oraz regularnych pomiarów prowadzonych przez cywilów. Alianci, po złamaniu kodu Enigmy, włączyli do swojej bazy nawet niemieckie dane pogodowe.

Kluczowym narzędziem była radiosonda – zestaw przyrządów przymocowany do balonów meteorologicznych, mierzący temperaturę, ciśnienie i inne parametry. Nie było jednak komputerów, które przetwarzałyby zebrane dane. Meteorolodzy nanosili wyniki ręcznie na mapy, zaznaczali obszary wysokiego i niskiego ciśnienia, a na podstawie zmian zachodzących na przestrzeni kilku godzin próbowali budować prognozy. Przewidywanie pogody z wyprzedzeniem większym niż jeden, dwa dni było w dużej mierze przypuszczeniem.

Alianci wiedzieli, że okno księżycowo-pływowe – czyli czas, gdy jednocześnie spełnione są warunki pełni i odpływu – wypada między 4 a 6 czerwca 1944 r. Zwłoka oznaczałaby konieczność przesunięcia inwazji na kolejne takie okno, przypadające dopiero pod koniec miesiąca. Tymczasem Alianci zbudowali całą sieć pozorowanych armii, by zmylić Niemców co do rzeczywistego miejsca i czasu uderzenia. Dalsze opóźnienie mogło tę mistyfikację zdemaskować. Presja na generałach i meteorologach była więc ogromna.

Prognozy jednak się rozchodziły. Amerykański zespół pod dowództwem ppłk. Irvinga Kricka zastosował "analogi", czyli historyczne mapy pogodowe zbliżone do aktualnego układu atmosferycznego i na tej podstawie przewidywał dobrą pogodę. Dwa brytyjskie zespoły były jednego odmiennego zdania – Brytyjczycy zapowiadali burze. I okazało się, że meteorolodzy z UK mieli rację – inwazja zaplanowana na 5 czerwca musiała zostać odwołana. Co więcej, Brytyjczycy początkowo uważali, że całe okno na przeprowadzenie desantu 4–6 czerwca 1944 r. zupełnie już przepadnie. Jednak w ostatniej chwili meteorolodzy dostrzegli lukę między frontami burzowymi. Była to dość krótka, ale wystarczająca przerwa, aby przeprowadzić przeprawę. Nie były to idealne warunki, ale historia pokazała, że były wystarczające. O świcie 6 czerwca 1944 roku dziesiątki tysięcy alianckich żołnierzy wylądowały na sześciu wyznaczonych plażach wybrzeża Normandii, zaskakując nieprzygotowane dowództwo niemieckie.

Co ciekawe, istnieją przesłanki wskazujące, że niemieccy meteorolodzy dostrzegli tę samą przerwę w nawałnicy. Niemcy mieli wybitnych specjalistów od pogody – lecz ich dowódcy albo zignorowali prognozę, albo uznali, że Alianci nie zdecydują się na atak w tak niepewnych warunkach. Wielu specjalistów opuściło w tym czasie swoje stanowiska, a potem ich reakcje były chaotyczne.

 

Po wojnie wybuchł spór o to, kto właściwie zasługuje na chwałę z tytułu przekazania trafnej prognozy. Krick głosił, że to jego zespół dokonał kluczowego przewidywania. Tymczasem James Stagg, główny meteorolog aliantów, w pisemnej relacji skrytykował pracę Amerykanów, przypisując sukces zespołowi Sverre'a Petterssena. Jednak sam Petterssen wolał nie zabiegać o splendor. Postulował, aby wyróżnić wszystkich meteorologów zaangażowanych w operację.

Ta zapomniana, rozgrywająca się za kulisami bitwa – między frontami atmosferycznymi, sprzecznymi prognozami i zegarem tykającym nieubłaganie – doczekała się wreszcie filmowego opracowania. Najnowszy film Niebo nad Normandią (2026) w reżyserii Anthony'ego Marasa (mający teraz światową premierę – w Polsce poczekamy do 11.09.2026 r.) przenosi widza właśnie w samo centrum tego tytułowego "napięcia" (oryg. tytuł to "Pressure"). Są to pokoje wypełnionych ręcznie rysowanymi mapami, gdzie Andrew Scott jako James Stagg i Brendan Fraser jako generał Eisenhower odgrywają jeden z najważniejszych dialogów w historii II wojny światowej. Film stara się przypomnieć widzom, że los całej inwazji spoczywał nie tylko na barkach żołnierzy, ale też na barkach ludzi patrzących w niebo, a ich jedna trafna prognoza mogła zmienić losy świata.