Xiaomi Vacuum S40 Pro trzymam pod łóżkiem. Dobrze wydane 800 zł
Roboty sprzątające już dawno przestały być wynalazkiem – wyszły z wieku dziecięcego i potrafią coraz więcej. Choć nie zawsze jest to to, czego od takich urządzeń możemy oczekiwać. Wydaje nam się, że sprzątanie dzięki temu będzie trwało krócej. Przetestowałem stosunkowo nowy model Xiaomi Vacuum S40 Pro i mam mieszane uczucia.
Wybór i zakup
Żeby nie było – urządzenie zostało przeze mnie zakupione po długiej analizie tego, co wybrać. Złożyło się na to między innymi korzystanie z aplikacji MiHome, do której podłączonych mam kilka innych urządzeń: czajnik, lampkę nocną, włącznik bezprzewodowy i hub sterujący (miałem jeszcze kamery, ale obraziłem się na nie po tym, jak Xiaomi wprowadził abonament za monitoring). Mogłem co prawda wybrać coś droższego, ale bardziej zależało mi na tym, by stacja dokująca zmieściła się pod łóżkiem – dzięki temu zaoszczędziłem miejsce w sypialni i innych pomieszczeniach.
Urządzenie zapakowano w karton niewiele od niego większy. Zmieściły się tam jeszcze nakładki mopujące, zasilacz, stacja dokująca, szczotka boczna i główna oraz dokumentacja, folie i taśmy zabezpieczające. Uruchomienie i podłączenie do aplikacji trwa kilkanaście minut. Wcześniej przygotowałem infrastrukturę elektryczną w postaci dodatkowego, ukrytego pod łóżkiem gniazda, tak by na zewnątrz nie było żadnych zbędnych kabli. Pierwsze uruchomienie to oczywiście obowiązkowa aktualizacja – choć z pewnych względów szkoda, że ją zrobiłem. Dlaczego?
Początkowe, irytujące problemy
Okazało się, że po stworzeniu przez urządzenie mapy pomieszczeń – co trwa dosłownie minutę, może dwie (za sprawą wbudowanego radaru LDS) – robot zaczął zachowywać się dziwnie. Podczas różnych prób sprzątania zdarzało mu się omijać niektóre pomieszczenia, a nawet duże powierzchnie w salonie, sprzątając tylko po jego krawędziach.
Do tego stopnia mnie to zirytowało, że pewnego dnia poświęciłem kilka godzin na uruchamianie sprzątania tak długo, aż w końcu wysprzątał całość. Nie obyło się też bez ponownego mapowania pomieszczeń. A dlaczego żałowałem, że od razu zrobiłem aktualizację? Bo może gdybym jej nie zrobił, odkurzacz sprawowałby się lepiej. Wiadomo – często „nowe jest wrogiem dobrego”.
Gdy po kilku tygodniach ostatecznie się zniechęciłem, pojawiła się aktualizacja, która wyraźnie poprawiła działanie urządzenia. Robot zaczął sprzątać dokładniej i o ile większych powierzchni już nie pomija, o tyle zdarza mu się ominąć jakieś pomieszczenie. No i Xiaomi dostał imię – Zdzichu.
Problemy stałe
Mopowanie jest przydaną funkcją. Trzeba jednak przyznać, że S40 Pro ustawiony na najmocniejsze mopowanie zużywa oczywiście więcej wody, ale efekt jest taki, że podłoga jest bardziej mokra niż czysta. Pomaga zmniejszenie zużycia wody do poziomu 1 lub 2.
Większą przeszkodą są progi – co prawda u mnie nie są zbyt wysokie, ale wyższe i ostrzejsze krawędzie sprawiają, że urządzenie nie zawsze sobie z nimi radzi. Producent zakłada, że robot potrafi przejechać po przeszkodach o wysokości 20 mm, ale w praktyce to się nie udaje. Czasami po kilku próbach odpuszcza i kończy sprzątanie. Wynika to między innymi z tego, że koła napędowe wykonane są z twardego plastiku, który na nawierzchni z płytek nie zawsze ma dobrą przyczepność.
Inną kwestią jest dokładne sprzątanie narożników. Co prawda robot wysuwa boczną szczotkę i jeden z mopów, by dokładnie wyczyścić takie powierzchnie, ale zwłaszcza przy mopowaniu niezbyt dokładnie wymyje takie miejsca. Należy pamiętać też o tym, że zbiornik uzupełnia się wyłącznie czystą wodą – bez żadnych detergentów. Za to mopy po wyczyszczeniu kilku pomieszczeń potrafią być naprawdę brudne.
Wyobrażam sobie, że bardziej rozbudowane roboty wyposażone w automatyczne pojemniki na śmieci i wodę są nieco mniej wymagające w obsłudze niż S40 Pro. Z drugiej strony zastanawia mnie, ile trwa przygotowanie ich do pracy i ile czasu trzeba poświęcić na dokładne wyczyszczenie. Dostrzegam oczywiście plusy tego, że urządzenie o wysokości niecałych 10 cm wjedzie pod łóżko, stoliki czy ławy, ale trzeba też odpowiednio przygotować przestrzeń. No, chyba że weźmiemy pod uwagę doskonały scenariusz: gołe ściany i żadnych mebli na podłodze.
Jest też kwestia podstawowa – czas poświęcony na właściwe wyczyszczenie urządzenia po sprzątaniu. Wyjęcie szczotki głównej, jej wyczyszczenie (lub odwinięcie włosów) i przedmuchanie wnęki, w której jest umieszczona. Oczyszczenie pojemnika na śmieci, uzupełnienie wody, a także umycie wkładek mopujących. Jeśli zaniedbamy te czynności, skrócimy urządzeniu żywot.
Do innych kwestii zaliczam fakt, że robot jest świetną zabawką dla kota. Kot na niego poluje, a bywa tak zawzięty, że Zdzichu głupieje, próbując go ominąć. Zdarza się też, że przy okazji zbierania kurzu wciągnie za ogon jakąś pluszową zabawkę naszego pupila. I nie jest prawdą, że na szczotki nie zawijają się włosy – zdarza się to bardzo rzadko, ale jednak.
Zalety
Zacząłem od wad, ale mają je wszystkie odkurzacze tego typu – a te bardziej skomplikowane mogą mieć ich jeszcze więcej. Nie sposób jednak nie wspomnieć o zaletach. Odkurzacz kupiłem za nieco ponad 1000 zł około grudnia 2025 r. Teraz kosztuje 200 zł mniej. Ma bardzo pojemną baterię – ładuje się co prawda około 3 godzin – ale nigdy nie zdarzyło mi się narzekać na przerwy w sprzątaniu. Wystarcza na dom o powierzchni około 180 m². Mój ma 45, więc robot zużywa około 30 % naładowania i mogę sobie pozwolić na podwójne sprzątanie bez ładowania.
Na uwagę zasługuje ogromna siła ssania sięgająca 15 000 Pa. Generuje co prawda spory hałas, ale wciąga prawie wszystko: małe kamienie, karmę dla kota, sierść, kurz i inne zabrudzenia. Odkurzacz ma też inne zalety, o których nie wspomniałem – np. po wykryciu dywanu unosi wkładki mopujące do góry. Nie sprawdziłem tej funkcji, bo zwyczajnie nie mam dywanów (według ostatnich badań iRobota, jedynie co 4. Polak ma w domu dywany).
Ma też szereg czujników (poza LDS), które pozwalają mu omijać przeszkody i nie pozwolą spaść ze schodów.
Jeśli przerwiesz mu sprzątanie w trakcie (z dala od stacji dokującej), żeby go wyczyścić lub opróżnić pojemnik na śmieci, i wyłączysz go, to po ponownym uruchomieniu bez problemu rozpozna, gdzie się znajduje (potrzebuje dłuższej chwili, żeby się odnaleźć). Może wtedy rozpocząć dokowanie i ładowanie albo kontynuować sprzątanie.
Tutaj radar laserowy robi swoje i działa bezbłędnie. Jeśli ktoś często sprząta, może uruchamiać Zdzicha zdalnie albo według harmonogramu – pamiętając wcześniej o usunięciu drobnych przedmiotów z podłogi. Osobiście wolę tego nie robić, choć tak naprawdę mam kontrolę zdalną nad wszystkimi urządzeniami w domu.
Podsumowanie
Ogólnie – za 800 zł (katalogowo 1249 zł) warto. Drożej niekoniecznie, bo można znaleźć lepiej wyposażone odkurzacze również w niższych cenach. Osobiście traktuję tego robota jako dobre uzupełnienie innego sprzętu domowego – na przykład ręcznego odkurzacza, który pozwala mi dokładniej dotrzeć w miejsca, do których Zdzichu nie dojedzie. Zwykłego mopa z detergentami też nie zastąpi, ale dobrze go uzupełni. Zatem zawsze liczą się subiektywne odczucia i znalezienie równowagi pomiędzy tym, co używamy, a tym, co chcielibyśmy używać. Mnie ten niedrogi Xiaomi się sprawdza.