Szukałem idealnego powerbanku do iPhone. Czy Baseus PicoGo AM52 podołał zadaniu?
Od niemal roku korzystam na co dzień z iPhone 16. I chociaż to naprawdę świetny sprzęt, a jego bateria wystarczy mi na 1-1,5 dnia normalnego użytkowania, to podczas wyjazdów, szczególnie dłuższych tras w pociągu, robi się już mniej ciekawie.
I tu próbowałem różnych rozwiązań, ale z każdym miałem pewien problem. Powerbanki MagSafe? Słabo trzymają przez etui i strasznie się grzeją. Standardowe? Po wyjściu z pociągu kabel podłączony do portu USB-C smartfonu robi się dużym problemem, kiedy mam się przemieszczać. I przyznam od razu: kiedy Baseus PicoGo AM52 wpadł w moje ręce, to nie miałem zbyt dużych oczekiwań. Ot, kolejny powerbank do wrzucenia na testy i opisanie go bardziej matematycznie, niż użytkowo. Efekt był dość… różny.
Specyfikacja
- Pojemność: 10 000 mAh (dla 3,6 V), 36 Wh
- MagSafe 2.0 z ultramocnym magnesem
- Porty: 1 USB-C
- Ładowanie bezprzewodowe: do 25 W
- Ładowanie przewodowe: do 45 W
Wygląd i wykonanie
Mamy tu dość niewielkie, metalowe pudełko, którego strona z MagSafe jest wykonana z bardzo miękkiego i przyjemnego materiału. Nie ma więc mowy o porysowaniu obudowy iPhone. To właśnie po tej stronie znajdziemy wszystkie opisy dotyczące jego parametrów. Na górnej krawędzi po lewej stronie znajdziemy port USB-C. Z tyłu wskaźnik diodowy wskazujący pracę i poziom naładowania, a na prawej, dłuższej krawędzi znajduje się przycisk zasilania. I to w zasadzie wszystko. Jest prosto i elegancko, trudno wymagać czegoś więcej.
MagSafe
A dokładniej MagSafe 2.0, czyli właściwie to, po co kupuje się taki powerbank. Przed rozpoczęciem testów traktowałem ten aspekt jak zwykłe utrapienie, a to dlatego, że nie mam sprzętu do pomiaru parametrów ładowania Qi. Jedyne, co mogłem zrobić, to sprawdzić go na swoim iPhone.
I wiecie co? Było świetnie. iPhone 16 nie słynie ze szczególnie szybkiego ładowania. Dosłownie przed chwilą sprawdzałem i więcej, niż 28 W nie udało mi się w niego wtłoczyć przy 74% baterii. MagSafe 2.0 oferuje przy tym deklarowaną moc do 25 W i to naprawdę widać po szybkości uzupełniania energii w telefonie.
A co z grzaniem się urządzenia i powerbanku? I tu jest nieźle. Problem oczywiście występuje. Jednak telefon i bank robią się ciepłe, a nie gorące. I to nawet jeśli razem spoczywają w kieszeni. Przyznam, że dzięki temu powerbankowi odzyskałem wiarę w użyteczność tego rozwiązania. Nie wiem, jak rozwiązany jest system chłodzenia, ale na pewno jest skuteczny.
Skutecznie radzi on sobie także ze słuchawkami Air Pods 3 ANC, co jest raczej spodziewane, bo one też mają MagSafe na pokładzie, oraz z — co mnie szczerze zaskoczyło — smartwatchem Huawei Watch Fit 4 Pro. Ten ładuje się wolniej niż przy dedykowanej mu ładowarce bezprzewodowej, to prawda, jednak się ładuje, czego się nie spodziewałem.
No dobrze, a jak wygląda kwestia wydajności przy tym ładowaniu? Jest nieźle: udało mi się naładować iPhone od 0% do pełna raz oraz wykonać następne ładowanie do 68%. Pamiętajmy tu, że ładowanie bezprzewodowe wiąże się ze znacznymi stratami energii. Nie jest to więc zły wynik, chociaż ładniej by to wyglądało, gdyby jeszcze te 2% więcej dociągnął.
Jest tu jeszcze jeden aspekt, który koniecznie muszę omówić, a jest nim magnes. Ten jest naprawdę potężny. Otóż moje etui nie zostało stworzone do współpracy z MagSafe. Mimo to nawet przez nie smartfon i powerbank trzymają się naprawdę mocno i stabilnie. W przeciwieństwie do moich innych powerbanków pod ten system tu nie muszę dementować etui, żeby go podłączyć.
Kolejną rzeczą wartą dodania jest ładowanie przelotowe. Można podłączyć powerbank do zasilania, położyć na nim iPhone i uzupełniać energię. Tym samym może on pełnić także funkcję ładowarki bezprzewodowej, a nie tylko powerbanku.
Ładowanie przewodowe
Tu udało mi się naładować iPhone 16 od 0 do 100% dwukrotnie, a i zostało w nim nieco energii. I właściwie to niczego więcej nie oczekiwałem od powerbanku 10 000 mAh. Jak to jednak wygląda ze strony pomiarów bardziej… laboratoryjnych?
Testy laboratoryjne
Współpracę Baseus PicoGo AM52 z iPhone oceniam w samych superlatywach. Jednak testy laboratoryjne były bardzo trudne. A to dlatego, że powerbank ten nie do końca chciał współpracować z moimi miernikami. Czy to wada? Oczywiście, że nie. Powerbank z MagSafe kupuje się, aby mieć zapas energii do iPhone. Nie, żeby go podłączać do chińskiego sztucznego obciążenia, czy miernika ładowania. I chociaż nie każdy test udało mi się wykonać, to podzielę się tym, co wyszło.
Zacznijmy od ładowania samego powerbanku. To odbywało się z maksymalną mocą 29 W. Przy czym udało mi się wtłoczyć do niego 39,7 Wh, co przy pojemności powerbanku wynoszącej 36 Wh daje sprawność na poziomie 90,7%. Wynik jest więc znakomity.
A co przy rozładowywaniu? Tu postanowiłem najpierw pojechać klasykiem, czyli rozładowywanie z mocą 5 W. Cały proces trwał 6 godzin i 24 minuty, a powerbank oddał w tym czasie 31,9 Wh. Mamy więc sprawność na poziomie 86,2%. Dla porównania sprawność na poziomie 80% w tym teście jest uznawana za wynik wręcz wzorcowy. Jest więc dobrze.
Test laboratoryjny, który okazał się porażką
I tu przechodzimy do testu maksymalnej mocy. Ta deklarowana wynosi 45 W. Podłączyłem więc powerbank do sztucznego obciążenia w trybie 15 V i 3 A i… po kilku minutach powerbank odciął zasilanie. Przeszedłem więc na 20 V i 2,25 A i… sytuacja się powtórzyła. Czy to oznacza, że nie jest on w stanie oddać deklarowanej mocy? Nic bardziej mylnego. Same nastawy zadziałały poprawnie, a przez pierwsze minuty deklarowana moc szła bez problemu.
Problemu dopatrywałbym się tutaj raczej w swoim sprzęcie pomiarowym. Bo widzicie: w ramach protokołu szybkiego ładowania źródło i odbiornik ciągle ze sobą negocjują najlepsze warunki dla obydwu. Czasami więc spada na chwile prąd lub napięcie, czasami obydwa, głównie, aby zachować odpowiednie warunki termiczne każdego z nich.
Mój sprzęt pomiarowy nie uznaje negocjacji. Kiedy nastawię w nim konkretne parametry, to takie stawia żądania. Z tego też powodu wcześniej testowane powerbanki potrafiły się wyłączyć w trakcie pracy z powodu działania zabezpieczenia termicznego. Tu jednak to nie miało miejsca, a Baseus PicoGo AM52 odłączał się, wciąż będąc chłodnym. Podejrzewam, że to z powodu zabezpieczenia chroniącego go właśnie przed tym brakiem negocjacji po stronie odbiornika. Oznacza to, że powerbank ten ma dodatkową warstwę ochrony, której nie spotkałem w żadnym innym. Warstwę, która zepsuła mi test i pewnie może też stanowić problem dla urządzeń wspierających PD, ale również nieuznających negocjacji. Do takich urządzeń nie należą jednak iPhone, którym ten powerbank jest dedykowany. Co więcej, to wydłuży żywotność urządzenia. Czy jestem poirytowany tym, że nie wykonałem tego testu? Tak. Czy mogę to uznać za wadę powerbanku? Nie. To zachowanie niezaprzeczalnie jest jego zaletą.
10 000 mAh, czy 5 000 mAh?
Pisałem o nim kilkukrotnie, że ma 10 000 mAh. Jednak sam powerbank ma na obudowie zapisaną informację o pojemności 5 000 mAh. Zanim jednak ktoś tu zwęszy jakiś spisek, już tłumaczę, o co chodzi. Bo na dobrą sprawę zarówno nazwanie go powerbankiem 10 000 mAh, jak i 5 000 mAh będzie prawdziwe, a do tego w żaden sposób nie będzie ujmowało mu możliwości.
Otóż pojemności baterii i powerbanków są zapisywane w bardzo głupi sposób; zamiast w watogodzinach (Wh) będących wartością bezwzględną i niezależną od parametrów prądu, zapisuje się je w amperogodzinach (Ah) a w przypadku urządzeń przenośnych miliamperogodzinach (mAh).
Rzecz w tym, że typowa bateria litowo-jonowa, lub ich równolegle połączony pakiet w przypadku powerbanków, lub smartfonów mają napięcie 3,6 V. Tu jednak producent postawił na pakiet dwóch baterii po 5 000 mAh, które są połączone szeregowo. Mamy więc podwójny pakiet 5 000 mAh, ale przy napięciu 7,2 V.
Czy takie podejście ma sens? To zależy. Otóż w każdym powerbanku mamy przetwornice napięcia. Im wyższe jest podbicie, tym z większymi stratami cieplnymi jest ono powiązane. Tym samym podniesienie napięcia z 7,2 V do 9 V, 15 V lub 20 V wiąże się z mniejszymi stratami, niż podbijanie go z 3,6 V.
Krótko mówiąc: jest to powerbank 36 Wh, który jak każdy inny można opisać jako 10 000 mAh z napięciem 3,6 V czy jako 5000 mAh dla napięcia 7,2 V. Oba oznaczenia są przy tym poprawne i uczciwe. A już szczególnie patrząc na wybitną sprawność urządzenia.
Podsumowanie
Baseus PicoGo AM52 przywrócił moją wiarę w sensowność MagSafe w powerbankach. Właśnie tego oczekiwałem po tym rozwiązaniu i w końcu to dostałem: jest szybko i chłodno. Sam powerbank jak na swoją pojemność jest także chłodny i nie ma szans, aby zarysował on smartfon. Trochę szkoda, że ma tylko jeden port USB-C. Gdyby miał drugi, to można byłoby go traktować jako idealny zestaw na wycieczki do ładowania zestawu fana Apple, czyli iPhone i AirPodsy ładowane przez kabel i Apple Watch przez MagSafe. Ten problem rozwiązuje jednak Baseus PicoGo AM61, który oferuje to samo, ale z dodatkowym, zintegrowanym kablem USB-C pełniącym funkcję dodatkowego wejścia i wyjścia.
Drugą kwestią jest cena. 199 zł jak za powerbank 36 Wh wydaje się sporą kwotą. I chociaż uważam, że jest ona usprawiedliwiona przez zastosowane rozwiązania, jak szybkie ładowanie bezprzewodowe, miękkie wykończenie, czy brak nagrzewania się, tak rozumiem, że dla wielu osób taka cena może okazać się zaporowa. Mimo wszystko, kiedy egzemplarz testowy wróci do producenta, to ja nabędę własną sztukę, bo lepszego powerbanku pod wyjazdy dla właściciela iPhone jeszcze nie spotkałem, a mam ich nielichą kolekcję.
-
Jakość wykonania
-
Sprawność urządzenia
-
Szybkie ładowanie po MagSafe
-
Mocny magnes
-
Nie nagrzewa się zbytnio
-
Nie zarysuje iPhone, nawet bez etui
-
Ładowanie przelotowe
-
Cena
-
Brak drugiego USB-C