Szykujcie portfele. Od 13 listopada ceny elektroniki pójdą w górę

Za kilka tygodni, 13 listopada, zaczną obowiązywać nowe przepisy dot. tzw. opłaty reprograficznej. Zostaną nią objęte m.in. smartfony, komputery czy tablety. I wiele wskazuje na to, że koszty zmian będą przerzucone na klientów. Czyli nas. W sprawie próbował interweniować RPO, ale resort kultury pozostaje nieugięty. Ministerstwo zaskakuje przy tym swoją argumentacją.

Maciej Sikorski
2
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Szykujcie portfele. Od 13 listopada ceny elektroniki pójdą w górę

Na temat opłaty reprograficznej powiedziano i napisano w ostatnich latach sporo. Temat wywołuje duże kontrowersje, bo, zdaniem wielu osób, jest po prostu skokiem na kasę, parapodatkiem, który płacimy na rzecz organizacji zbiorowego zarządzania. W teorii mają one wspierać twórców, w praktyce działają w sposób niezbyt przejrzysty, a czasem wręcz patologiczny, czego najlepszym przykładem doniesienia ze Stowarzyszenia Filmowców Polskich. O wszystkich tych wątkach przeczytacie w tym tekście. Tymczasem skupmy się na korespondencji RPO z resortem kultury.

Dalsza część tekstu pod wideo

RPO reaguje po skargach obywateli

Jeszcze w pierwszej połowie sierpnia Rzecznik Praw Obywatelskich zwrócił się do Minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego o zbadanie, czy opłata reprograficzna w nowej odsłonie jest zasadna. Instytucja powołała się na wpływające do niej wnioski obywateli, którzy wskazywali na podwójne obciążenie konsumentów. Bo ci ostatni płacą już abonamenty w serwisach streamingowych. 

Zastępca RPO, Stanisław Trociuk, który zajął się tym tematem, zwrócił się do Marty Cienkowskiej, minister Kultury i Dziedzictwa Narodowego, o m.in. "rozważenie przeprowadzenia badania faktycznej możliwości, a tym samym powszechności zjawiska, korzystania przez użytkowników końcowych z funkcji użytkowej kopiowania utworu w ramach usług streamingowych". W zależności od wyników owego badania, resort miałby też podjąć działania prowadzące do "odpowiedniego miarkowania" opłaty reprograficznej.

Czy można dwa razy płacić za produkt?

W swoim wystąpieniu przedstawiciel RPO powoływał się na orzeczenia Trybunału Sprawiedliwości UE, nie kwestionował samego faktu pobierania opłaty czy aktualizacji katalogu urządzeń, których ona dotyczy. Zwrócił jednak uwagę, że możliwość pobierania filmów czy muzyki do trybu offline w ramach streamingu nie musi z automatu oznaczać sporządzenia kopii na użytek prywatny. Czy można zatem uznać taką sytuację za podstawę do naliczania rzeczonej opłaty?

Na odpowiedź resortu nie trzeba było długo czekać, a udzielił jej sekretarz stanu w ministerstwie – Maciej Wróbel. Z dokumentu można się dowiedzieć wielu ciekawych rzeczy. Czytamy m.in. o "utrzymującym się zjawisku kopiowania utworów poza środowiskiem usług streamingowych". Ba, ma to być powszechny proceder. Po prostu zmieniła się jego forma:

Przekopiowanie legalnie zakupionego albumu muzycznego do pamięci smartfona czy wykonanie kopii zapasowej własnej kolekcji utworów muzycznych na dysku zewnętrznym lub w pamięci urządzenia, pobranie legalnie nabytego ebooka na kilka urządzeń czy wykonanie kopii legalnie zakupionego filmu będzie mieściło się w pojęciu kopiowania utworów

- tłumaczy przedstawiciel ministerstwa.

Badań nie było, badania nie pomogą, tego nie da się zbadać

Ktoś złośliwy może zapytać: na jakiej podstawie stwierdzono, że zjawisko jest powszechne? W tym miejscu warto przypomnieć, że ministerstwo nie przeprowadziło badań w tym zakresie. Serio. Resort w trakcie prac nad nowelizacją opłaty bazował na danych dostarczanych przez organizacje zbiorowego zarządzania. Czyli beneficjentów tego świadczenia. Jeszcze kilka miesięcy temu przedstawiciele ministerstwa przekonywali, że badań kopiowalności nie przeprowadzono, bo na tamtym etapie dotyczyłyby one pomiaru sytuacji hipotetycznej.

Teraz sytuacja nie jest już hipotetyczna, więc badania można przeprowadzić. Tylko w teorii, bo w praktyce resort zderzył się z nowym wyzwaniem:

Takie badania napotykałyby istotne ograniczenia związane z ochroną prywatności użytkowników oraz niemożnością monitorowania ich indywidualnych zachowań

– przekonuje ministerstwo.

Słowo klucz: możliwość

Nim jednak ktoś stwierdzi, że to kuriozum, spieszę poinformować, że ewentualne wyniki badań i tak niewiele by zmieniły, bo resort stawia sprawę w następujący sposób:

Podstawą poboru opłaty jest nie wykazanie rzeczywistego zakresu kopiowania, lecz sama potencjalna możliwość wykorzystania urządzenia do sporządzania kopii na użytek prywatny. Z tego względu obowiązujące przepisy państw członkowskich UE nie wymagają prowadzenia kompleksowych badań pozwalających ustalić rzeczywistą skalę kopiowania dokonywanego przez użytkowników poszczególnych kategorii urządzeń

- deklaruje resort.

Innymi słowy: nie ma znaczenia, jaka jest skala kopiowania. Przecież chodzi o to, że użytkownik smartfona ma taką możliwość. A skoro już o kuriozach mowa. Pan Maciej Wróbel w swojej odpowiedzi powołał się na badania IBRIS (czyli jednak badania można przeprowadzać), z którego wynika, że z oferty platform streamingowych korzysta niewiele ponad 46 proc. Polaków. Tymczasem według raportu UKE liczba aktywnych kart SIM na koniec 2023 roku wyniosła ponad 52 mln. A zatem niemal każdy obywatel posiada telefon komórkowy

Połowa Polaków płaci za domniemanych piratów?

Matematyka jest prosta: komórkę z możliwością kopiowania ma każdy, ze streamingu korzysta połowa obywateli. Wniosek? Druga polowa kopiuje. Szach i mat. Wypada zapłakać na tą połową płacącą za streaming. W narracji ministerstwa zapłaci ona podwójnie. Także za rzezimieszków, którzy piracą. 

Jeśli komuś mało mocnej argumentacji sekretarza stanu, spieszę z kolejnym cytatem: 

Współczesne urządzenia mobilne i dyski twarde mają coraz większą pojemność, co umożliwia gromadzenie znacznych ilości danych i treści multimedialnych, nie tylko korzystanie z usług streamingowych. 

Zazwyczaj gdy prezentowany jest nowy sprzęt z logo Samsunga, Apple czy Huawei, przedstawiciele tych firm informują publiczność, że zwiększono pojemność pamięci, bo w Polsce ludzie będą gromadzić na telefonach nie odcinki, ale całe serie Rancza i Ojca Mateusza. Serio, widziałem wiele takich przypadków. 

Opłata mogła być wyższa!

W narracji resortu jak zwykle nie mogło zabraknąć wrzutki o tym, że opłata funkcjonuje też w innych krajach europejskich, że pieniądze pobierane są na rzecz szerokiego kręgu twórców, wreszcie, że opłata nie jest wysoka. Bo mogło być 3 proc., a jest tylko 1 proc. w przypadku większości urządzeń nowo objętych parapodatkiem. Mogę napisać, że tę melodię już słyszałem. Pewną nowością jest fakt, że przedstawiciel resortu tłumaczy to wyciągnięcie ręki do klientów w następujący sposób:

Przyjęcie takiej wysokości wynikało ze świadomej oceny projektodawcy, że współczesny sposób korzystania z utworów uległ zmianie, a tradycyjne kopiowanie zostało w istotnym zakresie zastąpione korzystaniem z licencjonowanych usług cyfrowych, w szczególności usług streamingowych. 

Resort dostrzega zmiany. Ale nie ustąpi

Wychodzi zatem na to, że w resorcie dostrzegli zmiany, jakie dokonały się w naszej rzeczywistości w ciągu kilkunastu ostatnich lat. I nie dotyczy to wyłącznie wzrostu pojemności sprzętu.

Wszystkich najbardziej interesuje zapewne: co dalej? Cóż, RPO interweniował, ale resort pozostaje nieuguęty.

W ocenie Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego brak jest zatem podstaw do podjęcia prac zmierzających do zmiany wysokości opłat określonych w rozporządzeniu wyłącznie z przyczyn wskazanych w wystąpieniu Rzecznika

- wyjaśnia ministerstwo.

Szykujcie zatem portfele, bo po 13 listopada ceny wielu urządzeń mogą pójść w gorę. I tym razem powodem nie będą drożejące komponenty czy zawirowania na rynku paliw. Podwyżki zafunduje nam resort kultury. Chociaż wątpię, by finalnie przyjął do wiadomości, iż to jego działania wpłynęły na ceny. Wszak wciąż powtarzana jest formułka, że zapłacą producenci i dystrybutorzy…