Brzęczący wróg Polaków. Do czego potrzebne są nam komary?

Rosnące temperatury skłaniają Polaków do spędzania wolnego czasu poza domem – masowo ruszyliśmy do ogrodów, lasów czy nad jeziora. Różnego typu aktywności skutecznie uprzykrzyć mogą niektóre owady, w tym komary. Charakterystyczne brzęczenie nie musi nas jedna martwić – znacznie gorsza może się okazać cisza.

Maciej Sikorski
2
Udostępnij na fb
Udostępnij na X
Brzęczący wróg Polaków. Do czego potrzebne są nam komary?

Doniesienia o kurczącej się populacji komarów wiele osób przyjęłoby zapewne z entuzjazmem. Niektórzy życzą sobie nawet całkowitego zniknięcia tych owadów. O ile przyjemniejsze będą wówczas prace ogrodowe, wycieczki do lasu czy grille i pikniki na łonie przyrody. Sprawa jest jednak znacznie bardziej skomplikowana – przyroda nie działa na zasadzie przypadkowych zdarzeń, a komar ma w niej rolę do odegrania. Jeśli go zabraknie, zapewne pojawi się problem.

Dalsza część tekstu pod wideo

Warunki pogodowe w Polsce coraz mniej sprzyjają komarom

Od kilku lat rodzime media donoszą, że komarów w Polsce ubywa. I chociaż nie są to informacje potwierdzone skrupulatnymi badaniami, coś może być na rzeczy. Instytut Meteorologii i Gospodarki Wodnej poinformował, że 2024 rok był najcieplejszym rokiem w historii pomiarów temperatury powietrza w Polsce. Rekordy notowano też w skali Europy i globu. Mogłoby się wydawać, że to dobra informacja z punktu widzenia komarów, bo te w rozwoju wymagają ciepła. Ale...

Rosnące temperatury sprawiają, że szybciej i intensywniej zanikają wody powierzchniowe. Jeśli na taką sytuacje nakłada się mniejsza ilość opadów, komary tracą dogodne warunki do rozwoju. Susze w Polsce nie są zjawiskiem wyimaginowanym, czego dobrym przykładem obowiązujące niedawno zagrożenie pożarowe w lasach. Dodatkowo trzeba mieć na uwadze, że coraz częściej występujące w kraju opady nawalne mogą zaburzać obraz sytuacji. Ze statystyk będzie wynikać, że średnia ilość opadów zbytnio się nie zmienia. W rzeczywistości taki deszcz nie jest zatrzymywany w krajobrazie. Powódź błyskawiczna, będąca efektem intensywnej ulewy, nie służy człowiekowi i środowisku, w którym żyje.

Komary są potrzebne. Nie tylko jako pokarm

Zmiana charakteru opadów i wyższe temperatury sprawiają, że zanikają kałuże, mokradła, a nawet płytsze stawy. Mniej wody jest w rowach melioracyjnych czy strumykach, niższy jest poziom rzek, co niejednokrotnie widzieliśmy w materiałach telewizyjnych z ostatnich lat. Albo na własne oczy. Pisząc krótko: wody ubywa. Zwłaszcza tej stojącej. A to oznacza gorsze warunki do rozmnażania się komarów. Niektórzy uznają za dobrą wiadomość. Kij, jak zwykle, ma jednak dwa końce.

Każdy gatunek ma określone miejsce w przyrodzie i odgrywa w niej ważną i unikatową rolę. Okazuje się, że komary też są potrzebne. Ich larwy oczyszczają wody stojące – filtrują wodę i odsączają z niej cząstki organiczne i mikroorganizmy wodne (glony, bakterie, grzyby i pierwotniaki), którymi się żywią. Ale nie tylko są pożyteczne przy oczyszczaniu wód. Osobniki dorosłe zapylają rośliny podczas pobierania z nich nektaru i soków. Samce komarów spijają tylko nektar i soki. Do tego, larwy są pokarmem wielu zwierząt wodnych – ryb i płazów. Natomiast osobniki dorosłe są zjadane przez jerzyki i nietoperze. Choć dla człowieka komary bywają nieznośne, to wydaje się, że jednak nie pojawiły się na świecie przez przypadek

– przekonuje prof. Stanisław Ignatowicz ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego w Warszawie.
Brzęczący wróg Polaków. Do czego potrzebne są nam komary?

Zniknięcie komarów doprowadzi do katastrofy?

Biorąc to pod uwagę, można zadać pytanie: czy zniknięcie komarów mogłoby wywołać katastrofę o szerokim zasięgu, może nawet globalnym? Zwróciłem się z nim do prof. Piotra Tryjanowskiego z Uniwersytetu Przyrodniczego w Poznaniu. 

Masowe zniknięcie komarów mogłoby zaburzyć łańcuchy pokarmowe (głód u drapieżników), ale nie spowodowałoby katastrofy globalnej – ekosystemy są elastyczne. Lokalnie jednak wpłynęłoby negatywnie na bioróżnorodność –

twierdzi prof. Piotr Tryjanowski.

Zniknięcie komarów raczej nie zakończy życia na Ziemi, ale mogłoby wywołać negatywne skutki w środowisku i to na dłuższy czas. Nie powinniśmy zatem trzymać kciuków za całkowitą eksterminację tych owadów. Skoro już o eksterminacji mowa. 

Opryski to rozwiązanie ostateczne. I bardzo szkodliwe

Jednym ze sposobów zwalczania komarów są opryski, a fachowo rzecz ujmując "zamgławianie", czyli rozpylanie środka chemicznego. Metodę stosuje się np. w parkach miejskich.

Podczas odkomarzania środek owadobójczy jest wprowadzany w miejsca, gdzie komary są szczególnie dokuczliwe. Mgła środka lub jego drobne kropelki w trakcie zamgławiania zatruwają latające komary, albo osiadają cienką warstewką na roślinności i zabijają te osobniki dorosłe, które kryją się w krzewach i wysokich trawach

– wyjaśnia prof. Stanisław Ignatowicz z SGGW.

To rozwiązanie stosowane jest w niektórych miastach, ale decydują się na nie także pojedyncze gospodarstwa domowe. Metoda może wydawać się skuteczna, przynajmniej na jakiś czas, ale trzeba pamiętać o wszystkich jej skutkach. 

Stosowanie środków chemicznych to broń, której należy używać w ostateczności. Podczas odkomarzania niszczone są owady pożyteczne i różne zwierzęta nam obojętne. Zabiegi odkomarzania należy więc prowadzić z rozwagą i po dokładnej analizie ryzyka

– dodaje prof. Stanisław Ignatowicz.

Czy decydenci w polskich miastach zdają sobie sprawę z tego, że odkomarzanie z wykorzystaniem chemikaliów zapewne będzie miało charakter krótkotrwały i może przynieść więcej szkód niż pożytku? Okazuje się, że tak. Rośnie świadomość, że takie działania nie są selektywne i uśmiercają również pożyteczne owady, np. pszczoły i trzmiele. Odkomarzanie szkodzi również ptakom czy ssakom. W efekcie przybywa miast, które rezygnują z oprysków albo je ograniczają. Przykładem stolica Małopolski:

W Krakowie nie stosuje się oprysków biobójczych w celu depopulacji komarów i obecnie nie planuje się wprowadzania takich działań. Zrezygnowano z tego typu metod ze względu na ich niską skuteczność długofalową oraz negatywny wpływ na środowisko i zdrowie ludzi. Opryski insektycydami nie działają selektywnie – eliminują nie tylko komary, ale również pożyteczne owady, w tym zapylacze (np. pszczołowate). Dodatkowo populacja komarów bardzo szybko się odbudowuje, podczas gdy liczebność ich naturalnych drapieżników regeneruje się znacznie wolniej, co może prowadzić do efektu odwrotnego od zamierzonego

– poinformowała nas Aleksandra Mikolaszek, rzeczniczka prasowa Zarządu Zieleni Miejskiej w Krakowie.

Podobną odpowiedź otrzymaliśmy z Lublina:

Nie stosujemy odkomarzania od 2023 roku. Miasto obecnie korzysta tylko z naturalnych sposobów wsparcia środowiska naturalnego w tym zakresie. By zwiększyć populację jerzyków, z których każdy dziennie może zjeść nawet 20 tys. komarów, miasto od lat inwestuje w zakupy budek dla tych ptaków. Są one wieszane na budynkach i blokach wspólnot i spółdzielni oraz obiektach użyteczności publicznej. W latach 2020-2025 powiesiliśmy 1024 budki dla jerzyków

– zadeklarowała Monika Głazik z biura prasowego Kancelarii Prezydenta Miasta Lublin.

Jak pozbyć się komarów bez szkody dla środowiska?

Przywołana już Aleksandra Mikolaszek wyjaśniła, że miasto stawia na edukację mieszkańców oraz naturalne metody ograniczania liczby komarów. Ważną rolę w tym procesie odgrywa wspieranie bioróżnorodności i wzmacnianie populacji naturalnych wrogów komarów. W tym kontekście pojawiły się już jerzyki, ale to tylko część układanki, bo komarami żywią się także nietoperze czy niektóre gatunki owadów, w tym szerszenie. Dlatego w stolicy Małopolski wiesza się budki lęgowe, tworzy schronienia dla nietoperzy, dba się o drzewa dziuplaste. 

Istotnym elementem działań jest również ograniczanie miejsc rozrodu komarów. Głównym źródłem problemu w miastach są niewielkie zbiorniki stojącej wody, często tworzone nieświadomie przez mieszkańców – w doniczkach, podstawkach, oponach, wiadrach, zatkanych rynnach czy innych pojemnikach pozostawionych na balkonach i w ogrodach. Nawet niewielka ilość wody może stać się miejscem rozwoju setek lub tysięcy larw. Dlatego zaleca się regularne opróżnianie takich pojemników (co najmniej raz w tygodniu) lub przechowywanie ich w sposób uniemożliwiający gromadzenie się wody

– dodała Aleksandra Mikolaszek.

Te rozwiązania są stosowane w miastach, ale można, a czasem wręcz należy, przenieść przynajmniej część z nich do swojego najbliższego otoczenia, jeśli ktoś szuka alternatywy dla oprysków. Moi rozmówcy podkreślali, że komary nie potrzebują do rozmnażania stawu o dużej powierzchni – wystarczy im konewka lub wiadro z wodą, a nawet podstawka pod doniczką. Konieczne jest zatem regularne usuwanie stojącej wody z rynien, ozdób ogrodowych czy plandek, którymi przykrywa się np., grille lub meble. Podkreślę, że komarom do rozrodu wystarczy woda w zabawkowej łopatce w piaskownicy. 

Brzęczący wróg Polaków. Do czego potrzebne są nam komary?

Co jeszcze? Jeśli ktoś posiada oczko wodne, warto zapewnić w nim ruch, np. z pomocą fontanny. Prof. Piotr Tryjanowski polecił zarybienie takich zbiorników, bo ryby również są naturalnymi wrogami komarów (ich larwami żywią się też żaby czy traszki). Do tego dochodzą rośliny, za którymi nie przepadają te owady: bazylia, pelargonia, kocimiętka, komarzyca, mięta pieprzowa czy bodziszek. Pomocne mogą się okazać olejki eteryczne na skórze lub ubraniach, moskitiery w oknach, ale też np. wentylatory, bo komary kiepsko radzą sobie z lataniem w wietrze. 

Czy komary stanowią dla nas prawdziwe zagrożenie?

W tym miejscu warto zadać pytanie: komary stanowią dla nas jedynie brzęczącą niedogodność czy też należy je postrzegać jako realne zagrożenie? Prof. Piotr Tryjanowski przekonuje, że "działalność" rodzimych komarów należy postrzegać w kategorii uciążliwości – ich ukłucia mogą wywoływać np. swędzenie. Prof. Stanisław Ignatowicz dodaje, że w skrajnych przypadkach skutkiem pobrania krwi może być wstrząs anafilaktyczny, chociaż to ekstremalny przykład. Zagrożenie stanowić mogą wtórne infekcje, powstające przez rozdrapywanie bąbli. Na tym koniec? Otóż nie.

W Polsce występują rodzime komary, m.in. z rodzaju Culex, które w Europie mogą brać udział w krążeniu wirusa Zachodniego Nilu. Wirus ten utrzymuje się głównie w cyklu: ptaki – komary – ptaki. Człowiek i koń są gospodarzami przypadkowymi, czyli mogą zachorować po ukłuciu zakażonego komara, ale zwykle nie podtrzymują dalszej transmisji. U większości ludzi zakażenie przebiega bezobjawowo. Część chorych ma gorączkę, bóle głowy, bóle mięśniowe i objawy grypopodobne, a rzadko dochodzi do neuroinfekcji, np. zapalenia mózgu lub opon mózgowo-rdzeniowych

– wyjaśnia prof. Maciej Grzybek, parazytolog i epidemiolog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.

Naukowiec dodał, że samo występowanie w Polsce komarów zdolnych do przenoszenia określonych patogenów nie oznacza, iż choroba wystąpi u nas powszechnie. Do jej rozprzestrzenienia potrzebne są trzy elementy: właściwy gatunek komara, obecność patogenu oraz warunki umożliwiające patogenowi namnażanie się w organizmie owada. W naszym kraju zagrożenie dla ludzi wciąż jest niskie, ale istnieje – w Polsce odnotowano już przypadki gorączki Zachodniego Nilu.

Problem realnie wzrósł w Europie jako całości. Europejskie Centrum ds. Zapobiegania i Kontroli Chorób (ECDC) wskazuje, że Europa notuje coraz więcej zakażeń przenoszonych przez komary, w tym zakażeń wirusem Zachodniego Nilu oraz przypadków dengi i chikungunyi. Przyczyniają się do tego m.in. cieplejsze lata, łagodniejsze zimy, dłuższy sezon aktywności komarów, zmiany opadów oraz intensywne podróże międzynarodowe. Polska znajduje się więc w regionie, w którym ryzyko może rosnąć, ale obecnie mówimy raczej o potrzebie czujności epidemiologicznej niż o sytuacji epidemicznej

– zaznacza prof. Maciej Grzybek.

Nadciąga komar tygrysi. Trzeba się go obawiać?

Od swoich rozmówców dowiedziałem się, że rodzimych gatunków komarów mamy około 50, ale uwagę naukowców coraz częściej skupiają na sobie potencjalni goście. W tym gronie najczęściej wskazuje się na komara tygrysiego (Aedes albopictus), którego zauważono już u naszych sąsiadów: w Niemczech, Czechach i na Słowacji. Trzeba przy tym zaznaczyć, że nie osiedlił się jeszcze w tych krajach na dobre.

To gatunek inwazyjny, który może przenosić m.in. wirusy dengi, chikungunya i Zika. Nie jest to jednak prosty scenariusz typu: "pojawia się komar – pojawia się epidemia”. Aby doszło do lokalnej transmisji, potrzebna jest osoba zakażona, odpowiedni komar, właściwa temperatura i czas potrzebny, by wirus namnożył się w organizmie komara. Według ECDC gatunek ten zadomowił się już w wielu krajach i regionach Europy, a jego zasięg przesuwa się na północ

– tłumaczy prof. Maciej Grzybek.

Epidemiolog z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego wskazał, że w krajach południowej i zachodniej Europy obserwowano już lokalne ogniska dengi i chikungunyi. Zakażona osoba wracała na nasz kontynent, została ukłuta przez miejscowego komara zdolnego do przenoszenia choroby i dochodziło do zakażeń kolejnych osób. Naukowiec podkreślił jednak, że w przypadku Polski to (na razie) mniej prawdopodobny scenariusz. W przyszłości mogą się pojawić "lokalne epizody transmisji", ale to nie znaczy, że Polska będzie krajem tropikalnym, a egzotyczne do tej pory choroby staną się u nas codziennością. 

Oznacza to raczej, że lekarze, diagności, epidemiolodzy i służby sanitarne muszą być przygotowani na choroby, które dawniej kojarzyliśmy prawie wyłącznie z podróżami do tropików. Jeżeli wybieramy się do strefy subtropikalnej lub tropikalnej, należy zasięgnąć porady lekarza medycyny morskiej i tropikalnej albo odwiedzić poradnię medycyny podróży. Gorączka po powrocie z regionu tropikalnego lub subtropikalnego zawsze wymaga diagnostyki. W przypadku malarii zwlekanie z rozpoznaniem może być niebezpieczne, zwłaszcza przy zakażeniu Plasmodium falciparum

– przestrzega prof. Maciej Grzybek.

Pisząc o chorobach tropikalnych, warto przywołać pewną ciekawostkę:

Do XX wieku malaria występowała na ziemiach polskich jako choroba rodzima, a Polska została uznana przez WHO za kraj wolny od rodzimej malarii w 1968 roku. W Polsce nadal występują komary z rodzaju Anopheles, czyli widliszki, a część z nich należy do grup gatunków zdolnych do przenoszenia zarodźców malarii. Dzisiejsze przypadki malarii w Polsce są jednak zasadniczo przypadkami zawleczonymi, czyli rozpoznawanymi u osób, które zakaziły się poza Polską. To bardzo ważne rozróżnienie: historyczna obecność choroby, występowanie potencjalnego wektora i sprzyjające okresowo warunki środowiskowe nie oznaczają, że malaria obecnie krąży w Polsce endemicznie

– tłumaczy prof. Maciej Grzybek.

Zmiany klimatyczne sprawiają, że gatunki inwazyjne mogą się pojawić w Polsce i w niej zimować. Ale czy docelowo będą one zastępować rodzime gatunki komarów? Zdaniem prof. Stanisława Ignatowicza nie ma mowy o klasycznym zastępowaniu, czyli wypieraniu jednego gatunku przez drugi. Obserwujemy raczej proces nakładania się zasięgów i konkurencji o nisze ekologiczne. 

Dokuczają nam meszki i kuczmany. Zagrażają kleszcze

Poruszając temat komarów, wypada zwrócić uwagę na jeszcze jedną kwestię: owadom tym nierzadko przypisujemy szkody wyrządzone nam przez inne owady i pajęczaki. W tym kontekście prof. Piotr Tryjanowski przywołał m.in. meszki, które atakują rojami, a ich ukłucia potrafią być bardziej bolesne niż te pochodzące od komarów.

Mamy też kuczmany, czyli drobne muchówki szczególnie uciążliwe w pobliżu zbiorników wodnych, terenów podmokłych i gospodarstw. U ludzi są one głównie przyczyną uciążliwości i miejscowych reakcji skórnych, natomiast w weterynarii niektóre gatunki mają większe znaczenie, ponieważ mogą uczestniczyć w transmisji patogenów zwierząt

– opisuje prof. Maciej Grzybek.
Brzęczący wróg Polaków. Do czego potrzebne są nam komary?

Do tego dochodzą bąki, ślepaki czy gzy, które nacinają skórę. W naszym otoczeniu mogą się też znaleźć pchły i pluskwy. Moi rozmówcy zwrócili również uwagę na szczególne zagrożenie: kleszcze. Przenoszą one groźne patogeny, w tym krętki Borrelia oraz wirusa kleszczowego zapalenia mózgu.

Do wizyty u lekarza powinny skłonić nas objawy ogólne lub nietypowy przebieg po ukłuciu. Niepokojące są: gorączka, silny ból głowy, sztywność karku, światłowstręt, zaburzenia świadomości, osłabienie kończyn, duszność, uogólniona pokrzywka, obrzęk twarzy lub języka, szybko szerzące się zaczerwienienie skóry, ropienie, martwicza zmiana skórna albo objawy pojawiające się po powrocie z podróży.

Po ukłuciu kleszcza szczególnie ważny jest rumień wędrujący, czyli powiększająca się zmiana skórna, często z przejaśnieniem w środku. Taki obraz może wskazywać na boreliozę i wymaga konsultacji lekarskiej. Po ukłuciach komarów, meszek czy kuczmanów najczęściej mamy do czynienia z miejscową reakcją zapalno-alergiczną, ale gorączka, objawy neurologiczne lub znaczne pogorszenie samopoczucia powinny być traktowane poważnie

– przestrzega prof. Maciej Grzybek.

Komary nie znikną. Wystarczy sezon z większymi opadami

Lata z mocno ograniczoną populacją komarów zapewne będą się zdarzać coraz częściej za sprawą postępujących zmian klimatycznych. Nie oznacza to oczywiście, że w końcu zapomnimy o tych owadach. Wystarczy przywołać 2010 rok, który przyniósł intensywne opady, a w efekcie także powodzie – komary stały się wówczas plagą. Ta sytuacja prędzej czy później pewnie się powtórzy. Nie będzie to jednak stały element krajobrazu.

Jeżeli ktoś zmaga się z tymi owadami w najbliższym otoczeniu i szuka rozwiązania problemu, nie powinien w pierwszej kolejności sięgać po chemię. Antidotum mogą się okazać przywołane już metody. Skuteczne, a przy tym nieinwazyjne. Bo szybko może się okazać, że od irytującego brzęczenia znacznie bardziej dojmująca jest totalna cisza.